piątek, 25 października 2019

Recenzja "Życie Adeli" - spoiler


Życie Adeli (tytuł oryginalny La Vie d'Adèle - chapitre 1 & 2) reż. Abdellatif Kechiche, nagrodzony Złotą Palmą na festowalu w Cannes w 2013.

Cudowne, wspaniałe sceny; fantastyczna muzyka, piękna postać i żywa, autentyczna historia.

Film był długi. Długie były sceny, które budowały atmosferę. Wszystko wydawało się ważne, by najwierniej pokazać życie głównej bohaterki: Adeli. Jej życie duchowe, seksualne, zawodowe. Jednak im bliżej końca, tym czas przyspieszał: przeskakiwał nawet o parę lat pozostawiając bohaterkę zupełnie nietkniętą ząbem czasu. W filmie obsesyjnie pojawia się główny rekwizyt bohaterki: jej potargane włosy. Od samego początku to te włosy grają główną rolę. Włosy i usta. Wielkie naiwne oczy, bojaźliwa postawa. Dziewczyna sprawia wrażenie niemoty, nadwrażliwej, neurotycznej nastolatki, która okazuje się niezwykle namiętna. Całe swoje życie skupia na kochance. Kochanka jest jej przeciwieństwem – nie tylko dlatego, że włosy ma krótkie i z początku niebieskie, ale jest przede wszystkim wyluzowaną, skupioną na sobie, artystką. Jest również starsza od Adeli. Dziewczyny zakochują się w sobie.
W „Życie Adeli” każdy szczegół jest doskonale przemyślany. Każda scena jest „po coś”: określa główną bohaterkę, jej wybory, rozterki. Zwierza się przyjacielowi, że czuje się niepełna, jakby udawała – gdy jest z chłopakiem, który z początku jej się podobał. Jesteśmy również świadkami społecznej akceptacji związku heteroseksualnego wśród przyjaciółek Adeli i kontrastującą reakcję, gdy Adela odchodzi z Emmą. Widzimy dwie parady: na obu Adela świetnie się czuje: z przyjaciółmi sprzed Emmy i z Emmą na paradzie równości. Jest szczęśliwa i akceptowana.
Adeli do szczęścia nie trzeba dużo: w przygnębiających chwilach jedzenie, słodycze; zainteresowanie, Emma. Jest taki moment, w którym Adela zwierza się Emmie, że mogłaby cały dzień jeść. Że lubi wszystko, prócz owoców morza. I Emma się śmieje, w dodatku później nakłania Emmę do zjedzenia ostryg nie przeczuwając, że ta wszystkożerność dziewczyny jest symbolem miłości Adeli: ona bierze wszystko. Wszystko albo nic. Gdy czuje się osamotniona, bo Emma na swoim wieczorku z przyjaciółmi zajmuje się znajomą w Adeli pękają zasady: wpierw tańczy z mężczyzną, ale gdy to nie przynosi efektu a jej ukochana kolejny wieczór spędza ze swoją nową przyjaciółką Adela również wychodzi. Nawiązuje romans ze swoim kolegą z pracy. Przyłapana upokarza się przed kochanką. Ponosi jednak konsekwencje. Świat jej się wali, cierpi. To cierpienie widać w kolejnych latach, kiedy obserwujemy jak próbuje prowadzić normalne życie ale tęsknota zabiera radość życia. Spotyka się w dawną ukochaną i namiętność wybucha między nimi, ale zostaje ukrócona: Emma już ma rodzinę, poukładane życie.
W ostatniej scenie Adela idzie na wystawę Emmy, na własne oczy widzi, że Emma jest już osadzona w nowej rzeczywistości: dawniej ich dom wypełniał płótna z portretami Adeli, na wystawie jest tylko jeden obraz z Adelą, reszta przedstawia kobietę, z którą dawna kochanka związała swoje życie. Bohaterka mocno przeżywa to, co widzi. Zresztą jak wszystko: mocno przeżywa, jest bardzo neurotyczna. Budzi zainteresowanie mężczyzny, którego poznała na wieczorku artystycznym, jednak odchodzi. Nie odnajdują się: Adela wraca, samotna, w poczuciu odrzucenia. Odrzuca, nie jest odrzucana. Ponosi konsekwencje swojego wyboru.

Film przedstawia wizję miłości na wzór bluszczu. Miłość Adeli do Emmy jest namiętna, jedyna w swoim rodzaju ale jednocześnie dusząca, służalcza, być może męcząca. Adela odnajduje się w tej roli: przyjmuje gości, obsługuje ich, obserwuje kochankę, tuli się do niej i dostosowuje się do niej. Realizuje swój młodzieńczy plan, według zasady ojca, by mieć pewny fach: zostaje nauczycielką. Wspomniane „pisanie” coś co mogłoby uszczęśliwić i jednocześnie przenieść skupienie Adeli z Emmy, coś, w czym ponoć jest dobra wrzuca do szuflady. Nigdy nie pojawia się na pierwszym planie artystycznym: to miejsce należy do jej kochanki. Słusznie jednak zauważa jeden z przyjaciół Emmy: Adela chce być widoczna. I jest – na obrazach malowanych przez Emmę. To jej wystarcza: by być jej gwiazdą, muzą, natchnieniem. Takie życie jest jej spełnieniem. Burzy to jednak i jej życie łamie się na pół. Nie odnajduje się bez miłości.


Życie Adeli, plakat filmowy, Marcelina Amelia

wtorek, 22 października 2019

Zestaw książek na jesień

Końcówka lata i początek jesieni to dla mnie najbardziej pożyteczne miesiące. W niemal każdym sensie: przeczuwając nadejście zimy i żegnając lato człowiek robi sobie miejsce, porządkuje co ma i zabiera się za dawno przygotowane rzeczy. U mnie więc wydarzyło się przemeblowanie (przesunęłam wielki, stary kredens z kuchni do salonu!), przerzuciłam większość książek z regałów (trzech!) by ponownie je poukładać i przeczytałam książki pisarki, do której chodzę na Warsztaty Pisarskie Maszyny Do Pisania. Od końca sierpnia zebrał mi się całkiem spory stos lektur, które tradycyjnie zapisuję na Blogu, by móc do niego wracać, kiedy pamięć mnie zawiedzie. Jednocześnie zachęcam do zapoznania się, bo większość to pozycje, które śmiało mogę polecić. Prawie wszystkie książki są wypożyczone z Biblioteki albo od Przyjaciół, dlatego biorą udział w Wyzwaniu #WyPożyczone.

Jeff Haden "Mit Motywacji"

O tej książce gdzieś coś słyszałam, czyli była sławna. Gdy mi wpadła w ręce w Bibliotece wzięłam bez wahania. Przeczytałam ją jadąc pociągiem relacji Gdynia - Łódź w jedną i drugą stronę. Tak, zajęła mi łącznie około 4h (zaczęłam wtedy czytać również inną książkę bo lubię poradniki miksować z beletrystyką). Nie jest wcale aż taka cienka, liczy 272 strony. Każda z tych stron jest wartościowa: nie powtarzają się myśli autora jak zacięty maszynopis (jak u Briana Tracy). Tutaj naprawdę można sporo wynieść dla siebie. I się dzielić. Znajdziemy tu nie tylko "przepis" jak sięgnąć sukcesu zawodowego, związkowego (miłosnego), towarzyskiego ale i jak schudnąć kilka kilogramów ;) Podobały mi się zwłaszcza nawiązania do doświadczeń autora i analizę sukcesów osób, które powołuje. Smaczek: miodek, ale i marchewka! Pozycja zdecydowanie warta przeczytania!





 Joanna Bator "Ciemno, prawie noc"

Nie pamiętam bym sięgała wcześniej po książki Joanny Bator, więc ta była dla mnie "czystą kartą", po której niczego się nie spodziewałam. A jednak przemieliła mnie i wypluła z mindfuckiem. Serio. Niesamowite opisy, klimat jak z najmroczniejszego thrilleru, z Silent Hill na Śląsku (co w sumie jest prawdopodobne z dymem i szarością otulające ten rejon), sprawa do rozwiązania, która wciąga jak bagno, coraz mocniej w grząskie błoto... Historia głównej bohaterki: druzgocąca, smutna. W ogóle cała ta książka trochę za mocno uderza w te smutne, drętwe rejony, kiedy już się żyć nie chce bo i po co jak wszędzie tylko syf, mrok i brudy.
Jestem ciekawa jak film wypadł, niestety nie miałam nastroju by iść na to do kina. Książka na pewno do polecenia, ale osobom raczej mniej wrażliwym na wahania nastroju. Pytanie tylko czy tacy nie-wrażliwcy coś dla siebie tutaj znajdą?




Małgorzata Warda

"Tą którą znam"

 "Dziewczyna z Gór"

 "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele"


Dawno temu recenzowałam pierwszą książkę, jaką przeczytałam Małgorzaty i która zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie ("Nikt nie widział, nikt nie słyszał"). Słusznie wtedy napisałam, że od tej książki nie można było się oderwać: nie było ze mną kontaktu od pierwszej do ostatniej strony. I tak jest z innymi książkami Małgorzaty Wardy. Otwierasz je i przenosisz się do świata, w którym czujesz się jak u siebie a jednak widzisz więcej: wiesz więcej. Wiesz, że dziewczyna, która przenosi się z miejsca na miejsce, pozując przed kamerą nosi w sobie tajemnicę i nie potrafi się od niej uwolnić. Wiesz, że dziewczynka, która lękliwie trzyma się mężczyzny tak naprawdę została brutalnie wyrwana ze swojego świata by poznać świat jego: zupełnie inny. Widzisz nastolatków, którzy przeżyli piekło ubrane pod płaszczykiem dobroci kochanej ciotki, która zamiast dawać opiekę i wzbudzać zaufanie zafundowała im traumę razem ze swoim facetem. I właśnie o to chodzi: żeby zobaczyć. Żeby nie przejść obojętnie. Żeby zrobić coś, co może uratować każde z tych osób. Treść książek nie jest czarno-biała, tak jak czarno białe nie jest nasze życie: składa się z naczyń połączonych, wywierających na siebie wpływ, sprawiające, że los płynie prędkim potokiem przez wszystkie dostępne mu naczynia. Nie zważa na to, ile rozchlapie dookoła. Jak wpłynie na resztę. Co z tego wyjdzie i dokąd zmierza. Panta rhei. 



Aż trudno uwierzyć, że tak mocne, dosadne książki pisze urocza, drobna blondynka: Małgorzata Warda. Trudno wyobrazić sobie, ile krwawych, przesyconych bólem i niesprawiedliwością scen wytworzył jej umysł i pozwolił przelać na karty książek. Ale właśnie dzięki temu uwrażliwia nas na to, na otoczenie. Bo być może każdy z nas kiedyś zetknął się z którymś z bohaterów. 

Wszystkie książki autorki, które przeczytałam noszą w sobie niezwykle trudne historie. Bolesne. Ignorowane. Wydobywając je na wierzch autorka nie tylko wzbogaca literaturę polską o doskonałą prozę ale też uświadamia. Zarówno ofiary jak i oprawców. Nie mówi wprost, ale nakierowuje gdzie i jak można znaleźć pomoc. Podaje statystyki: zaginięć, gwałtów, porwań. 





W tym miejscu chciałabym gorąco zachęcić do odwiedzin strony, którą zajmuje się Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę i rozpropagowaniu jej gdzie tylko się da: niech leci aż trafi na kogoś, kto będzie jej potrzebował: https://116111.pl/

Fundację Dajemy Dzieciom Siłę można wspierać jednorazowo lub cyklicznie przez wpłacanie datków lub zamawiając polecenie zapłaty. To od nas zależy czy ten telefon będzie działał. 






Jakub Małecki "Dżosef", "Rdza"


Z Jakubem Małeckim również miałam "do czynienia" wiele lat temu przy okazji recenzji książki "W odbiciu". Obserwowałam powolny sukces Małeckiego na przestrzeni lat aż któregoś razu zawitał do mojego miasta dzięki zaproszeniu Biblioteki. Poszłam. Wzięłam swój egzemplarz i usiadłam sobie gdzieś z tyłu bo ciężko było się upchać na przodzie. Tyle ludu przyszło. I okazało się, że pan Małecki to całkiem spoko gość, który pisze piękne książki. Szczególnie poruszył mnie opis budowania powieści przez Jakuba - przyznał, że robi to w Excelu (pracował wcześniej w Banku i zapewne to pokłosie tamtej przygody zawodowej). Nie pamiętałam o czym była poprzednia książka, ale na długo zapamiętam o czym były dwie następne, które przeczytałam zaraz po spotkaniu z autorem. Dziwię się sobie, że wcześniej ich nie przeczytałam bo są magiczne. Dosłownie i w przenośni: to znowu książki takie, które zabierają czytelnika i oddają go rzeczywistości po ostatniej stronie. Uwielbiam trafiać na takie książki. Wtedy czuję, że książki naprawdę coś dają (a nie tylko zabierają czas i pieniądze). Tutaj wzruszeń nie było końca. Szczególnie "Rdza" wpłynęła na mnie, wydrążyła w środku dziurę i wstawiła plombę: dała historię, na podstawie której wyobrazić sobie można jak koleje losu na siebie wpływają: jak zataczają kręgi i rzutują na teraźniejszość. Jaką to ma siłę! Nie będę uchylać rąbka tajemnicy, warto samemu się przekonać. 

Najbardziej boją się śmierci osoby, które zmarnowały dotychczasowe życie. Trzeba wykorzystać życie do końca. A śmierci pozostawić wypalone zgliszcza.






Irvin Dawid Yalom "Mama i sens życia. Opowieści psychoterapeutyczne"





To, że interesuję się psychologią i psychoterapią nie jest absolutnie żadną tajemnicą: jako osoba mająca diagnozę psychiatryczną i długą historię leczenia - byłoby dziwne, gdybym nie interesowała się "powrotem do zdrowia".W tej książce znalazłam sześć historii z życia doktora Yaloma. Sześć pięknych, działających jak balsam na duszę, szczerych historii, w których można znaleźć coś, co nas ukoi. Co zabierze nas w bezpieczną podróż w głąb siebie, w swoje wspomnienia. W tej pozycji autor rozprawia się ze strachem przed śmiercią: wszystkie opowieści krążą w okół tego tematu. Jednak nie jest to książka o śmierci. Jest o życiu, którego nie wolno zmarnować.



Marc Elsberg, "Zero"


Do tej książki przymierzałam się od 3 lat, czyli tyle ile minęło od przeczytania pierwszej, genialnej książki "Blackout". Świetnie napisany technologiczny thriller. Opowieść jest tak napisana, że niemal wierzy się, że tak właśnie jest. Zarówno w tej książce jak i poprzedniej przeze mnie przeczytanej. Polecam na zimowe wieczory. Dwa. Maksymalnie trzy - bo lektura jest sprawnie napisana, akcja mknie a technologiczne zawiłości nie są wcale takie trudne w dodatku są wyjaśniane.


Czy to nie paradoks? Wiemy o sobie nawzajem więcej niż kiedykolwiek, a mimo to nigdy tak mało nie ufaliśmy jeden drugiemu.



JonMarketing internetowy. Szybkie łącze z klientami"

Z dumą mogę stwierdzić, że wiele rzeczy było dla mnie jasnych, więc mogę powiedzieć, że książka jest dla początkujących osób, które chcą się zająć marketingiem w sieci. Czyli w zasadzie dla każdego przedsiębiorcy lub świeżego marketingowca.
Czy polecam? Trudno powiedzieć. Wszystko znajdziemy w sieci. Nie kupiłabym tej książki, ale że wpadła mi w ręce w Bibliotece to przygarnęłam. 


Paweł Reszka "Mali  Bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy"


Przeczytałam pierwszą z dwóch części. Nie byłam zachwycona. Ani książką, ani tym co w niej znalazłam. Sam sposób pisania reportażu oceniam bardzo dobrze, jednak tematyka jest dla mnie już mocno wybrzmiała. Bo to żadna tajemnica co się działo na przestrzeni lat w naszym kraju. Mimo wszystko lektura dość depresyjna. Mam nadzieję, że druga, świeższa część będzie chociaż trochę światełkiem w tej ciemności.
Doceniam jednak obecność tego typu książek na naszym rynku. Tak powinno być: reportaże powinny szczerze i otwarcie opisywać rzeczywistość. Dać do myślenia. Szkoda tylko, że nie wiadomo komu: lekarze nie będą mieli na nią czasu a osoby korzystające z NFZ nie mają wyjścia. Wszystko kręci się dookoła jednego. Nie trudno zgadnąć czego.  

Jeszcze jedna książka "branżowa":
Baszuro Paweł, "U mnie działa Język branży IT"
Spodobał mi się tytuł, bo często w serwisie tak właśnie sobie mówimy, to powszechne powiedzonko, chyba nie tylko w IT. Pomyślałam sobie, że może czegoś nowego się dowiem i może w istocie tak było, ale informacji było tyle, że już nic nie pamiętam. Serio - co za dużo, to nie zdrowo. Może też za szybko przeczytałam książkę i dlatego też niewiele pamiętam. Nie ma więcej niż 200 stron, materiał jest na przykładach. Nie jestem już takim absolutnym laikiem więc dla mnie było zrozumiałe, ale gdyby to była pierwsza informatyczna książką, która miałaby mi coś wyjaśnić to raczej dalej bym nic nie wiedziała. A więc nie do końca polecam. Znaleziona w Bibliotece Wiedzy, którą odświeżono i dodano mnóstwo tytułów.




To nie wszystko. Pozostały trzy książki, które są moją własnością, ale które opiszę w osobnej notce. Tymczasem zachęcam do komentowania i podsyłania tytułów, które ostatnio przeczytaliście, które polecacie lub które absolutnie, Waszym zdaniem, należy omijać szerokim łukiem. 




czwartek, 10 października 2019

Wenlafaksyna. Długa historia odstawienia.

To nie będzie ckliwa historia o tym jak ktoś (ja) był smutny (znowu?), dostał receptę od swojego lekarza (zgadnij jakiego) i zaczął brać lek codziennie rano. Aż w którymś momencie doszedł do wniosku, że nie może przestać.

To długi proces odstawienia leku, który przestał działać a nie można się go pozbyć.


Czym jest wenlafaksyna?

To substancja czynna (czyli ta najważniejsza, której przypisujemy działanie nadrzędne) leku wpływającego na biochemię mózgu (profesjonalnie mówi się, że wpływa na transporter serotoniny: zwiększa przekaźnictwo serotoninergicznego i noradrenergicznego w mózgu). Metabolizuje się w wątrobie, wydalana jest przez nerki. 


Gdzie ją znajdę?

Alventa, Axyven, Efectin ER, Efevelon SR, Faxigen XL, Faxolet ER, Lafactin, Oriven, Prefaxine, Symfaxin ER, Velafax, Velafax XL, Velaxin ER, Venlafaxine Bluefish XL, Venlectine. 


Leki to nie coś, co można przypisać każdemu i tak samo będzie działać. Czasami ludzie myślą, że skoro marchewka działa pozytywnie na oczy bo ma witaminę A, to wenlafaksyna w dawce 150mg powinna dać radę na umiarkowaną depresję. Ale tak nie jest. Organizm to ogromna machina. Każdy lek to ingerencja w tą machinę. Możemy się spodziewać jakiegoś wyniku, ale prawda jest taka, że może z tego wyjść coś zupełnie innego. Na przykład Prozac. To jedna z pierwszych nazw handlowych fluoksetyny (w Polsce znamy ją pod nazwą Seronil, Andepin, Bioxetin...) ale z początku jako wczesny Prozac działanie miała dość wybuchowe: mówi się, że dawała napęd fizyczny zanim "głowa" nie wyszła z depresji. To powodowało, że człowiek, który był pogrążony w głębokiej depresji z myślami samobójczymi po otrzymaniu leku nagle miał siłę. Niestety na nic więcej prócz realizacji myśli. Generalizuję, ale było takich przypadków dużo i właśnie dlatego na ulotkach leków psychiatrycznych jest napisane, że mogą nasilić się zachowania autodestrukcyjne, skutkiem ubocznym może być samobójstwo. Groźne? Warto o tym wiedzieć i pamiętać, że lek to tylko mieszanka, która "powinna" wpływać tak, jak oczekujemy ale czy wpływa? Nie zawsze i nie u wszystkich.



W badaniach wenlafaksyna ma działanie terapeutyczne od 75mg. Dawka maksymalna to 225mg. Znam jednak osoby, które brały ponad 300mg i nie pomagało im to wyjść z depresji. Jestem osobą, która bierze połowę najniższej dawki co 4-5 dni i dalej odczuwa jej skutek. Zwłaszcza odstawienny w czwartym czy piątym dniu nie stosowania.



Przebrnęłam w swoim życiu przez wiele leków. Wiele antydepresantów i neuroleptyków. Był czas, kiedy brałam 5 różnych leków z czego 4 to psychiatryczne. Bywały leki, na które mój organizm w ogóle nie reagował. Do momentu, gdy odstawiłam je wszystkie by zajść w ciążę a potem przez prawie 9.miesięcy nic nie brałam mój organizm chyba się odzwyczaił od nich zupełnie i najmniejsza dawka hydroksyzyny sprawiała, że ścinało mnie z nóg. Gdy wróciła depresja lekarz znając moją historię choroby zapisał mi wenlafaksynę.

Brałam grzecznie 1 tabletkę codziennie rano. Przez około 1,5 roku. Któregoś razu po prostu zapomniałam swojej codziennej dawki i poczułam coś, co mnie zmroziło. Fachowo nazywa się to zespołem dyskontynuacji leków antydepresyjnych. Prawda, że nic nie mówi? A to zbiór najgorszych, uciążliwych doznań psychiczno-fizycznych jakie dane mi było poczuć. Z początku starałam się nie opuszczać żadnej dawki ale później pomyślałam sobie, że przecież lek ma pomagać a nie sprawiać, że człowiek boi się z niego zejść, dlatego go bierze.
Oczywiście, pomagał. Czasami. Dalej miewałam epizody depresyjne. Ale skutki odstawienne (dyskontynuacja!) były koszmarne. Podjęłam decyzję o odstawieniu. W grudniu. Mamy wrzesień. A ja dalej biorę ten lek co 4 - 5 dni. Ciągle nie mogę go odstawić.


Nie jestem początkująca i wiem, że leki psychiatryczne należy odstawiać stopniowo. Jednak nie można zmniejszyć najmniejszej dawki, więc brałam ją co drugi a potem co trzeci dzień. Z początku dotykały mnie tak zwane brain-zapy (uczucie jakby się było pod napięciem), uczucie niepokoju, huśtawki nastroju, bezsenność. Z czasem powracały ataki paniki, silne myśli samobójcze, hipomanie z depresją, często na jednej huśtawce tworząc serię epizodów.



Z uwagi na olbrzymie kolejki do specjalistów czekam na poradę lekarską, jak u licha, zejść z tego gówna. Prawdopodobnie zostanie mi przypisany lek o słabszym działaniu za to "nie ujawniającym zespołu dyskontynuacji leków antydepresyjnych" - strzelam, że wspomniana fluoksetyna. Z tego kręgu nie da się tak łatwo odejść. Jeden lek wspiera drugi, ale wpływa na coś, na co pomaga trzeci. Tak wiele lat wyglądało moje leczenie.


Denerwuje mnie, kiedy czytam na specjalistycznych stronach, z których korzystają lekarze, że od antydepresantów nie można się uzależnić; że skutki uboczne nie są uciążliwe; nie ma skutków odstawiennych; wspomniana dyskontynuacja pojawia się rzadko (wiele osób, które znam i które przyjmowały paroksetynę lub wenlafaksynę miało styczność z wszystkimi objawami, tylko jedną osobę znam, która takich objawów nie miała - nie ma statystyk, które by potwierdzały moją teorię, a szkoda), odczucia, o których piszę mają łagodny charakter (gdyby tak było, byłabym już wolna od tego leku 8 miesięcy temu).

Moim wywodem chciałabym uświadomić, że nie jesteśmy statystycznymi  pacjentami tylko prawdziwymi, żywymi ludźmi.

niedziela, 8 września 2019

Zatrzymaj się. Obejrzyj wszystkie rysy.

Myślisz o sobie, że jesteś pewną siebie, asertywną i świadomą kobietą. Pracujesz zawodowo, masz mieszkanie, rodzinę i psa i dbasz o to wszystko. Życie skleja się w jedną całość i pędzi. Aż tu pojawia się rysa. Widzisz ją wyraźnie, chociaż starasz się odwracać wzrok. Myślisz sobie, że w sumie taka rysa dodaje Ci tylko smaczku, sugeruje o doświadczeniu. Oswajasz się ze swoją nową rysą i przestajesz nią przejmować. Czas ucieka. Kiedy pojawia się następna nie przejmujesz się, bo już zdążyłaś samą siebie przekonać, że takie rysy dodają Ci charakteru.
Gdy widzisz pęknięcie zaczynasz się zastanawiać co to dla Ciebie znaczy. Czy trzeba ją zaklejać czy może zignorować podobnie jak poprzednie rysy? Może wypadałoby przyjrzeć się temu? Odrzucasz ten pomysł, brakuje Ci przecież czasu. Pędzisz dalej! Czasami przysiadasz zmęczona i zastanawiasz się czy powinnaś coś zrobić, ale szybko zapominasz co bo musisz biec dalej. Mija czas. Dużo czasu. Wiesz, że gdzieś coś Ci umyka, coś sprawia, że sen coraz wolniej przychodzi i nie daje takiej regeneracji jak kiedyś. Starasz się biec przez kolejne dni jak najszybciej, byleby się nie zastanawiać, bo podświadomie czujesz, że coś co Cię uwiera już nigdy nie zniknie. Trzeba to więc rozchodzić, zgubić, zapomnieć.
Aż upadasz. Rozsypujesz się. Każda rysa, każde pęknięcie otwiera przed Tobą to, czego tak bardzo nie chciałaś widzieć.
To nie Twoje życie.

Tam dokąd idziemy nie ma nic, co by nam pomogło naprawić błędy. Tam jest ostateczna meta, po przekroczeniu której już nic nas nie czeka. Mamy tylko jedną szansę. Jeden bieg, którego nie da się cofnąć.
Spróbuj zwolnić. Czy naprawdę coś Cię popycha? Czy to, co karze Ci biec bez utraty tchu jest naprawdę takie groźne? Czas i tak mija. Nie musisz się z nim ścigać. Nie musisz się z nikim i niczym ścigać.
Jesteś tylko Ty. To Twoja droga. To, co popychasz przed siebie wiele lat to tylko Twoje. Tylko od Ciebie zależy czy przyjrzysz się temu czy raczej będziesz pchać ile sił, byle prędzej, byle szybciej. Byle do mety.
Ale tam nie dostaniesz nagrody. Nie oczekuj zwycięstwa. Nie będzie medali, pucharów, oklasków ani widowni radośnie wiwatującej na Twoją cześć.
Jesteś sama. Sama na torze i sama na mecie.
To wszystko, co uważałaś za swoje, co budowałaś tyle lat - ma własny tor. Własne wyścigi z czasem, z oczekiwaniami, z rzeczywistością.

źródła zdjęć: https://kaboompics.com/
Upadek czyni Cię świadomą. Otwiera Ci oczy. Możesz dostrzec wyraźnie gdzie jesteś i że nic, absolutnie nic Cię nie goni.
Upadek sprawił, że możesz przyjrzeć się wszystkiemu dokładniej z innej perspektywy. Możesz zacząć wszystko jeszcze raz.
Nie pędząc. Idąc spokojnie. Obserwując.
Nie goniąc. Rozglądając się dookoła. Dotykając.
Możesz zrobić cokolwiek chcesz.

czwartek, 5 września 2019

Wysyłam Ci uśmiech z nad przepaści

Bardzo często mijam ludzi, którzy wzbudzają we mnie proste, miłe uczucie. Chęć wzięcia ich za rękę, powiedzenia "pięknie dziś wyglądasz" czy chociaż wysłanie uśmiechu w ich stronę. By ich rozjaśnić. By dać im coś od siebie. To zwykle ludzie, którzy odzwierciedlają jakąś cząstkę mnie samej z jakiegokolwiek etapu życia. Wystraszona pierwszoklasistka w windzie, która właśnie wjeżdża w swoją dojrzałość. Bezczelna nastolatka z różowymi włosami, która chowa wzrok, kiedy uśmiecham się do niej. Urocza starsza pani, którą mijam na ulicy. Bezradność. Nieśmiałość. Bezczelność. Wrogość upozorowana. Bunt. Szczerość. Wszystkie te cechy opakowane w ciała wielu ludzi sprawiają, że uśmiecham się do siebie i do nich, akceptując je wszystkie.


Trudno mi jednak uśmiechać się do lustra. Dla siebie nie mam sympatii, nie znajduje w sobie akceptacji. Chciałabym więcej i więcej. Żebym była bardziej. Żebym była z siebie dumna, produktywna, kreatywna, żebym była kimś więcej niż jestem.
Nie wystarcza mi wiele rzeczy. Wciąż stawiam sobie poprzeczkę coraz wyżej, ale nie mogę przez nią przejść, bo zaczynam się potykać o własne nogi. O własne przekonania. Pisz. Maluj. Pracuj. Sprzedawaj. Kupuj. Wychowuj. Kochaj.
Jestem zmęczona. Odsuwam się, oddalam. Uśmiecham się do innych jednocześnie spychając siebie w oddal. Dystansując się do swojego życia coraz bardziej. Obojętniejąc coraz mocniej.
Wiele lat temu jedna z pierwszych terapeutek podsunęła mi pomysł, bym niczego od siebie nie wymagała, po prostu obserwowała ludzi. I to robię. Obserwuję posyłając im uśmiechy.


Może z czasem zbiorę się w sobie i zamiast wciąż huczących w głowie nakazów i rozkazów, poczuję coś innego niż potrzebę znieruchomienia, zapadnięcia się, przeciążenia. Zmęczenie sięga tak daleko, że mogłabym przestać się ruszać. Nie możliwe. Wciąż popycha mnie rzeczywistość i potrzeby. Moje, innych. Nie mam czasu wmawiając sobie, że mam tyle czasu. Goniąc a jednocześnie nieruchomiejąc.

Chciałabym w końcu odpocząć tak naprawdę. By móc się obudzić tak na serio.

źródło zdjęć: https://kaboompics.com/ Karolina Grabowska

czwartek, 22 sierpnia 2019

Kiedy byłam małą dziewczynką... nie miałam marzeń, działałam.

 Dzisiaj mam marzenia. Marzę na przykład o tym, by mi się chciało więcej niż mi się chce.

Marzyłam o tym, by dzień był trochę dłuższy a motywacja szczelnie go owijała. Ileż ja bym wtedy zrobiła! Napisałabym poczytną powieść. Taką, wiesz, że aż oczy bolą od czytania, w głowie huczy od rozbudzonych emocji, z niedowierzaniem czyta się kolejną stronę i kolejną… Napisałabym właśnie taką książkę. Nie jedną! Wiele! Nauczyłabym się jeszcze języków. Doszlifowała angielski i ogarnęła hiszpański. Świergotała w tym języku jak Penelope Cruz w Vicky, Christina, Barcelona. Uwielbiam ten film, właśnie ze względu na ten soczysty język podniesionym głosem wymawiany przez piękną i szaloną kobietę. A potem namalowałabym obrazy: jeden za drugim, malowałabym jak opętana, bawiąc się przy tym i wariując ze szczęścia. I podróżowała. Odwiedziłabym największe miasta Europy, najmniejsze wioski Azji. Fotografowałabym góry, morza i łąki. Rysowała stare kamienice, na których wiszą w fantazyjny sposób zawieszone winobluszcze. Piła wino, paliła grass i fantazjowała o wszystkim, co zabronione, niedozwolone, tłuczące i niezdrow. Przy tym byłabym już szczupła i wchodziła w swoje ulubione jeansy, w które od 6 lat się nie mogę zmieścić. Może też miałabym tyle pieniędzy, że stać by mnie było na to, by wyrzucić całą zawartość szafy a potem skompletować ją od początku: minimalistycznie ale jakościowo, ekologicznie i zgodnie z moim stylem, który odnalazłabym i trzymała się go raz na pewien bardzo długi czas. Pokazałabym moim dzieciom, że jestem kobietą niezależną, usatysfakcjonowaną i szczęśliwą. A potem mogłabym sobie umrzeć ze starości z uśmiechem na twarzy i wdzięczności do wszystkich, którzy by wtedy przy mnie byli.


A zaczęło się od tego, że jak byłam małą dziewczynką to pisałam mikroksiążki. Rysowałam mikrookładki i zszywałam ze sobą mikrostrony. Chodziłam na kółko plastyczne i malowałam na nim obrazy, rysowałam to, co mi przyszło do głowy. Pisałam wierszyki po nocach, kiedy nie mogłam spać. Opowiadania. Mam ich całe teczki. W miarę dorastania brakowało mi czasu na to wszystko i zaczęłam marzyć. Szkoda mi było czasu na rysowanie, pisanie i inwestowanie w siebie czasu i energii. Przestałam robić te wszystkie fajne rzeczy bo musiałam iść do szkoły, do pracy. Musiałam odleżeć swoje w łóżku i na kanapie, zalegać z depresją, grypą lub ciążą. Praca wysysała ze mnie wszelką energię a gdy wracałam z dwójką dzieci do domu, zrobiłam im obiad-kolację a potem pozwalałam po sobie skakać to sił wystarczało tylko na to, by dowlec się do łóżka o 20.

Tak rodzą się marzenia i tak marzenia nieruchomieją. Stają się protezą dla rzeczywistości. Siadamy sobie z kubkiem herbaty, wyobrażając różne fantastyczne rzeczy. Zawieszamy je w strefie „może kiedyś”, skąd wędrują do „nigdzie, nigdy”.

Rzadko widzimy, że możemy inaczej. 
Włożyć trochę wysiłku by pozwolić swojej małej dziewczynce (w moim przypadku) wyjść na powierzchnię. Pozwolić rozrabiać. Olać pranie, porysować. Zapisać się na kurs pisarski (już w październiku!). Przesunąć pracę zawodową na bok (na chwilę), by napisać w Outlooku (udając, że to  mail do klienta ) tę notkę. Poczuć flow, szczęście i satysfakcję. Poczuć się jak dziecko. Nie marzyć, że się to zrobi, tylko zrobić. Już! Teraz!

poniedziałek, 22 lipca 2019

Dlaczego depresja jest zdradliwą suką?


Wyobraź sobie proszę, że wstajesz rano. Jest Ci obojętne czy świeci słońce, czy leje deszcz. Na niebie mogłyby być zawieszone cukierki z ciasteczkami a Ty masz je w dupie. Chyba, że zasłaniają widoczność, to wkurwienie rośnie proporcjonalnie do ilości. Czujesz gniew. Na świat, że taki jasny, na siebie, że tyle ciemności w sobie nosisz. Budzisz dzieci i obojętnie patrzysz jak rozcierają oczy, rozciągają się, ich urocze buzie przypominają Ci tylko jak źle o Tobie świadczy to, że nie możesz się wysilić na uśmiech. Po dwudziestu minutach wypełnionych po brzegi uczuciem izolacji i zniecierpliwienia udaje Ci się wyjść z domu, zapakować dzieci do auta, usiąść za kierownicą i zapomnieć, że dokądkolwiek miałeś jechać.
Ale odpala się żarówka w głowie, zapalasz silnik, gaśnie, zapalasz, gaśnie i w końcu z niejedną kurwą panienką na ustach przypominasz sobie, że musisz poczekać aż coś zgaśnie by zapalić silnik. Odjeżdżasz.
Jadąc do żłobka swoich dzieci patrzysz na drogę ale widzisz zachęcające latarnie, na których mógłbyś się rozbić; ciężarówki, pod które mógłbyś wjechać i wiadukt, z którego mógłbyś zjechać. Z trudem przypominasz sobie, że nie jesteś sam na pokładzie i te Małe coś mówią. Nie słyszysz, nie widzisz, jedziesz na czuja. Gdy dojeżdżasz do miejsca wyładunku, musisz pokonać stan zawieszenia i wysiąść z auta, pomóc wysiąść Małym Ludziom i odprowadzić do sali. Widzisz ludzi. Widzisz ich kolorowe aury, ich cierpliwość i miłość, widzisz ich jak żyją. A Ty jesteś owinięty owatą. Ale nie tą puszystą, mięciutką, bielutką jak do poduszek. Jak do płaszczy. Jesteś szczelnie owinięty czymś co przypomina szklaną watę. Nie dochodzi do Ciebie żadna dobra emocja. Czujesz tylko zniecierpliwienie. Złość. Smutek. Anhedonię. Poczucie odrzucenia, niesprawiedliwości. Poczucie bycia między światami. Między tym co teraz: żywe, dobre, realne a tym, co w Tobie: zgasłe, mroczne, byle jakie. Bez sensu, bez przyszłości. Czujesz się winny. Czujesz, że już nic nie dasz Małym Ludziom od siebie. Że są Ci obojętni, chociaż wiesz, że gdzieś w środku kochasz ich tak bardzo, że chciałbyś by nigdy nie dowiedzieli się, jak wiele mentalnych kilometrów Was dzieli. 
Kiedy Mali Ludzie znikają w sali, idziesz do samochodu z poczuciem jeszcze większego wyobcowania. Z uczuciem samotności tak rozdzierającego, że ciężko Ci zrobić krok. Ale nie podnosić wzroku, bo boisz się, że zobaczą Twoje łzy. Wsiadasz do auta i potrzebujesz kilku chwil na opanowanie oddechu, łez, bólu wewnętrznego. Zatracasz się w wizji umierania, ranienia, oparzeń i  nieistnieniu tylko po to, by oswoić w sobie śmierć.
A kiedy próbujesz otrząsnąć się z tego stanu i wpadasz na pomysł, by jednak pozwolić sobie wejść do świata, przyjmując zaproszenie otwartych drzwi piekarni stajesz się Oszustem. Oszust mówi dzień dobry, oszust pyta o bułkę pełnoziarnistą a kupuje zwykłą, pierwszą lepszą, bo nie może się zdecydować. Oszustowi wszystko jedno co zje, ale uśmiecha się i jeszcze na odchodnym życzy miłego dnia. Z uśmiechem na ustach. Oszust wsiada do samochodu i płacze. To nie maska, to próba sił. Czujesz to?
A kiedy parkujesz pod miejscem pracy i okazuje się, że ktoś chce Cię stamtąd wywalić, opuszczasz swoje ciało. Pozwalasz, by całe Twoje zło, cała żółć zawładnęła Twoim głosem i wypływa z Ciebie nagromadzony jad. Krzyczysz, by się wszyscy od Ciebie odpierdolili a potem wsiadasz do auta i wracasz do bezpiecznego miejsca: do własnego łóżka. Zawalasz pracę, pędzisz bez zapiętych pasów bezpieczeństwa i parkujesz byle jak. Byle szybciej. Byle się schować. I głośno płaczesz. Teraz możesz sobie na to pozwolić, teraz cała moc łez spływa z Ciebie. W końcu zasypiasz.

A zawsze myślałeś, że depresja jest smutkiem, dołem, gorszym nastrojem.

Depresja jest zdradliwą suką, której nie da się oswoić. Nie da się jej nawet rozpoznać w odpowiednim czasie. Nie da się jej zatrzymać. Schwytać. Trzasnąć po pysku i kijem odgonić. Nie da się z nią pójść na wódkę. Nie można jej obłaskawić. Zawsze Cię zdradzi. Oddzieli. Wpakuje do worka i wywiezie do lasu. A potem szukaj drogi. Szukaj tak długo, aż na kolanach, spragniony wody i chleba, na kolanach, z modlitwą na ustach wypełźniesz z ciemnego boru na świetlistą polankę. Aż wychłepczesz resztki wody i uda Ci się stanąć na nogi. Aż poczujesz, że kolejny raz udało Ci się. Wygrać. Ze zdradliwą suką.

lipiec 2019, kolejny raz

poniedziałek, 15 lipca 2019

Notatki z książek zamiast pocztówki z wakacji


Jest już połowa lipca a ja nie napisałam co dotychczas przeczytałam. A w ostatnich miesiącach czytałam sporo wartościowych książek, o których chciałabym napisać choć krótkie notatki.

Literatura polska:

Jakub Żulczyk, Ślepnąc od Świateł
#WyPożyczona na wiosnę, przeczytana z przesłuchaniem, bo Biblioteka w Gdyni umożliwia wypożyczanie audiobooków przez aplikację Legimi. Fajna sprawa, zwłaszcza, kiedy się jedzie autem. Książka nie zachwyca i zachwyca jednocześnie. Historia banalna, ale niebanalny styl autora, który oczami i myślami bohatera opisuje co widzi a widzi konsekwencje swoich działań i galerię postaci z podobnego półświatka. Postać ciekawa, rozbudowana. Nie wiem jeszcze jak serial, bo jakoś nie po drodze mi z serialami telewizyjnymi (nie mam kablówki).

Jakub Żulczyk, Zrób mi jakąś krzywdę
Jak już zapoznawać się z twórczością topowego polskiego autora, to za ciosem: tytuł świetny, elektryzujący wręcz. Historia podobnie jak w poprzedniej: banalna: para (nastolatka i student) urywają się z imprezy i jadą w Polskę. Wątek kryminalny przeplata się z romansem, wszystko opakowane w typowy millenialsowy świat, gdzie dominuje język gier, abstrakcji i podejścia "czy cokolwiek mi się chce?". Mimo to bliskie mojemu sercu i sentymentom - wiadomo, że człowiek chętniej sięga po to, co zna, a ja choć millenialsem nie jestem (urodziłam się dużo wcześniej) to podejście nicmisieniechce vs zaskocz mnie jest mi bliskie ;)

Proza amerykańska:

Jeffrey Eugenides, Intryga małżeńska
Po rewelacyjnej Middlesex sięgnęłam po kolejną, bodajże pierwszą książką amerykańskiego autora z greckimi korzeniami. Historia jest o uwikłaniu - intrydze - gdzie centrum zainteresowania stanowi młoda studentka, bez konkretnych planów na przyszłość za to z wbitymi do głowy ideami. Ona się zakochuje w kimś, ktoś inny zakochuje się w niej a wszystko jest oprószone refleksjami bohaterów na temat życia, związków i lęków. Zwłaszcza lęki są ciekawe do analizy: warto książkę przeczytać choćby po to, by nie dać się kiedyś tak uwikłać jak bohaterzy.

John Fowles, Mag
To jedna z tych książek, o których się mówi, że powinno się przeczytać ale później mocno się człowiek zastanawia o czym ona właściwie jest. Znalazłam w środku mnóstwo fantastycznych tekstów, myśli ale całość (sens całości) jest trochę ulotna. Serio: nie wiem na przykład jak się zakończyła ta książka, choć jestem pewna, że ją przeczytałam i nawet trochę wbiła mnie w fotel. Pamiętam natomiast uformowane analizy myślowe głównego bohatera niczym wiekie kulki, które przed siebie pchał.. Podobały mi się, bo przedstawiały osobę, która jakby wybudza się ze snu, w którym żył wiele lat.

Nie mogło zabraknąć coś "dzieciowego":

Robert J. MacKenzie, Uparte dzieci
Poradnik - jak sobie poradzić z wyjątkowo upartymi potomkami. Całkiem prosto: stanowczością. Konsekwencją. Po przeczytaniu tej książki poczułam się jak komendant domowy. Z jednej strony było to dość niefajne uczucie a z drugiej trochę uwalniające. Chłopcy nie chcieli sprzątać zabawek? Staliśmy nad nimi tak długo, aż doszli do wniosku, że nie warto się buntować i lepiej je sprzątnąć by bawić się czymś innym. Czasami takie sprzątanie długo trwało, ale nie musiałam się denerwować, że np mój autorytet ulega destrukcji. Nie ulega. W końcu chłopcy zobaczyli, że mama mówi poważnie. Oczywiście działa do momentu pierwszych tulasków, a i tak tata, który nigdy żadnej parentingowej książki nie czytał jest największym autorytetem ze swoim "do pokoju, już!".

Inne:

Piotr Bucki, Wojciech Pączek, Złap równowagę
Podręcznik dla chadowca o umiarkowanym przebiegu. Pełna pozytywnych myśli, garści edukacji i sposobów na utrzymanie higienicznego życia w remisji. Kilka lat temu stwierdziłabym, że gościu po prostu ma zbyt łagodny przebieg choroby i pisze banialuki. Dziś znudziła mnie, bo pełna była oczywistości, np.: jeśli czujesz się rozchwiana czy rozchwiany bo balujesz w nocy to nic dziwnego, że mózg reaguje depresją. Albo manią. Najzdrowiej spać 8h dziennie, wstawać wczesnym rankiem, iść wieczorem i nie pobudzać mózgu na noc by nie nakręcać się, co mocno wytrąca z równowagi. Zdrowe jedzenie, trochę ruchu, farmakologia jeśli jest potrzebna (autorowi już nie potrzebna, mnie osobiście zresztą też już prawie nie jest), takie pitu pitu dla chadowców w fazie sukcesu, dojrzałych ale w sile wieku i motywacji. Myślałam, że coś dla mnie, ale ja to wszystko wiem, własnej chorobie poświęcam naprawdę minimum uwagi - gdy jestem w remisji. Gdy nie jestem to zwykle korzystam albo przeczekuję. I tyle, co tu więcej mówić...

Robert Ziębiński, Stephen King, Instrukcja obsługi
Książka, która zabrała mnie w sentymentalny spacer po lekturach, którymi się zaczytywałam od 13 roku życia. Autor robi przekrój całej twórczości Króla Horroru od początku do 2018 roku. Smaczek. Znajdziesz tam nie tylko krótkie streszczenia, zabawne opinie ale też ekranizacje i statystyki wydawnicze. Dla mnie bomba! Aż zatęskniłam za tymi wieczorami, kiedy mogłam w rytm gryzów kanapek chłonąć kolejne rozdziały... w domu mam ponad pięćdziesiąt książek Stephana Kinga. Wszystko przeczytane. Serio. Od kiedy moja druga połowa odkryła jaką fanką twórczości Kinga jestem to co roku dostaję jakąś cegłę :)

Brian Tracy, Zarabiaj i awansuj szybciej. 21 sposobów na przyspieszenie kariery
Przy moim podejściu biznesowym nie mogło zabraknąć czegoś, co by te myślenie biznesowe podkręcało. Słyszałam, że Brian Tracy to takie guru biznesowe, więc gdy zobaczyłam na półce w Bibliotece tyci książeczkę, dosłownie na jeden wypad na plac zabaw z dzieciakami to wzięłam bez wahania. I na tym placu myślałam, że cisnę nią w krzaki. Książka merytorycznie świetna ale kompletnie nie uwzględniająca realia, zwłaszcza kobiece realia. Przychodzić do pracy pierwsza i wychodzić ostatnia? Brać wszystko i prosić o więcej? I jeszcze z uśmiechem na ustach i świeżymi wyprasowanymi ciuszkami wzorowanymi na menadżera z wyższych szczebli? No sorry ale potrzebowałabym chyba dwie żony do pomocy. Co najmniej. Póki co mój osobisty chłop nawet nie wie czy mamy żelazko a jak tylko kończę pracę to pędzę po dzieci do żłoba. Zastanawiam się czy reszta tych wspaniałych podręczników też jest dla robotów, czy już je się znośniej czyta.
Same w sobie porady nie są złe. Ale nie dla mnie - dorosłej kobiety z rodziną, domem i psem na karku.

Pernille Teisbaek, Dress Scandinavian

Książka z pięknymi stylizacjami i licznymi uwagami modelki skandynawskiej.
Któregoś dnia miałam dość wszystkiego i wyszłam z domu, wylądowałam w Bibliotece i właśnie ta książka trafiła w moje ręce. Przeczytałam i obejrzałam ją dokładnie w dwie godziny. Jest doskonałą formą odstresowania się: lekka, przyjemna, można powiedzieć, że pożyteczna bo jest pełna rad jak się ubierać, jak tworzyć własny styl. Bardzo fajna pozycja na prezent, na relaks.








Dziś to wszystko. Były jeszcze dwie inne książki, ale nie biorą one udziału w akcji #WyPożyczone, więc zostawię je na inne zestawienie.
I tak jest nieźle, jak na chroniczny brak czasu na to, by się chociaż wyspać porządnie. No ale kto nie śpi, ten czyta, prawda? :)





piątek, 21 czerwca 2019

Od pomysłu do realizacji: działalność gospodarcza


Na początku był pomysł. Rodził się wiele razy i od wielu lat. Wiadomo – w zależności od stanu euforycznego pomysł nabierał kształtu a w gorszych chwilach zostawał zepchnięty gdzieś w odmętach „kiedyś, może”. A jednak doczekał się – podjęłam decyzję, za którą poszło działanie.
Otworzyłam działalność gospodarczą.
Zaprosiłam do współpracy osobę, która zawsze we mnie wierzyła i tak jak ja marzyła o biznesie. Czyli o  czymś, co dawałoby satysfakcję i być może finansową korzyść.
Tym razem pomysł nie opierał się na hand made, który miałybyśmy uprawiać a na gotowym produkcie, z hurtowni. Zabawki dziecięce, w przyszłości asortyment dla mamy i dziecka. Obie jesteśmy mamami – ona jeszcze w ciąży, ale niebawem jej córeczka się urodzi a ja mam dwóch małych chłopców. Znamy temat.
Trzeba było zebrać jak najwięcej wiadomości na temat zakładania firmy, nie obyło się bez konsultacji z księgową. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na jednoosobową działalność gospodarczą, opodatkowany wg stawki podstawowej (18%) i rozliczany kwartalnie. Są jeszcze inne, ale tylko ta daje mi możliwość ulgi na dzieci przy rozliczaniu PIT.

Z nazwą nie szalałyśmy: wystarczy imię i nazwisko. Przecież nie wiem, czy coś jeszcze się z tego nie wykluje :)
Trzeba było też zgłosić się do ZUSu. Na szczęście nie muszę płacić całego ZUS, ponieważ mam pracę na etacie, z którego nie zamierzam rezygnować. W związku z tym opłacam ZUS w najniższej kwocie – część zdrowotną (co i tak jest bez sensu, bo mój pracodawca przecież to za mnie robi już a ja mając własną działalność muszę znowu to samo płacić) prawie 345zł.
Kupiłyśmy domenę i sklep, zatowarowałyśmy go rzeczami z hurtowni, która współpracuje z nami nami w modelu dropshippingowym. 
Dropshipping to w ogóle całkiem nowa i fajna sprawa, to model sprzedaży który cały proces logistyczny czyli magazynowanie, pakowanie i wysyłkę do klienta przerzuca na dostawcę a nie sprzedawcę. I teraz najważniejsze: my zajmujemy się odpowiednią promocją i utrzymaniem porządku w sklepie. zachęceniem klientów do zakupów w naszym sklepie internetowym.
Marketing nigdy nie był w obszarze moich zainteresowań, ale okazał się fantastyczną zabawą. Co prawda jeszcze nie mam olśniewających wyników, ale dzięki licznym webinariom, kursom i ebookom powoli rozszerzam swoją wiedzę. Wspólnie z przyjaciółką tworzymy banery, reklamy, interesujące posty promującą nasz sklep.
Co z tego wyniknie? Jeszcze nie wiemy. Póki co mamy za sobą niezliczoną ilość godzin, dzięki którym sklep stoi, dopinamy ostatnie szczegóły. I daje nam to nie tylko sporo pracy, która jest - póki co - premiowana wyłącznie satysfakcją.






wtorek, 18 czerwca 2019

RTT sposobem na przebudzenie?

Jakiś czas temu trafiłam na Justynę Falkowską i jej Językobranie w kontekście pracy w IT. Emanowała energią, która przyciąga do siebie ludzi, więc przyciągnięta - obserwowałam jej profil. Okazało się, że nie tylko Językobraniem Justyna się zajmuje. Dotarłam do informacji, że prowadzi couching za pomocą metody RTT (Rapid Transformational Therapy™). Zawsze mnie interesował tego typu rozwój i w końcu skorzystałam z pomocy, jaką oferuje Justyna.

Z początku byłam niezwykle entuzjastycznie nastawiona. Zwłaszcza po bezpłatnych konsultacjach, które otworzyły we mnie coś, pozwoliły poczuć, że to ja mam stery. Justyna poprowadziła rozmowę w taki sposób, że dotarło do mnie, że to co się dzieje w moim życiu jest wynikiem różnych konsekwencji... i wcześniej nie miałam takiej świadomości sterownością życia, jaką powinnam. Zafascynowana pracą z mózgiem zgodziłam się na sesję RTT. Nie było łatwo, ponieważ to nie są sesje w kwocie zwykłej terapii ale spodziewałam się efektu WOW. Dodam jeszcze, że moim głównym celem było dostarczenie samej sobie informacji, że moje zdrowie jest najważniejsze i przekonanie opornego umysłu, że muszę o siebie zadbać: schudnąć, ustabilizować poziom insuliny itd (toczyłam walkę z insulinoopornością).
I doszło do sesji.
Justyna poprowadziła mnie przez proces hipnozy, w którym zachowałam 100% świadomości i tak właśnie miało być. Mój umysł miał skupić się na jej głosie, na moim wewnętrznym świecie wyłączając zewnętrzne bodźce. Nie udało się wyłączyć bodźców do końca, bo cholerne słuchawki mi trzeszczały a nie bardzo chciałam w połowie wymieniać je na nowe (warto się lepiej przygotować). Okazało się też, że moja insulinooporność to nawet nie kamyczek moich problemów. Dotarłyśmy kompletnie gdzie indziej. Tam, gdzie poczucie odrzucenia zjadało mnie i sabotowało od zawsze. Za pomocą metod, które trochę wydawały mi się śmieszne a trochę naiwne, Justyna rozmawiała ze mną, z moim umysłem. Najzabawniejsze było to, że przez jakiś czas nie mogłam się zdecydować co o tym sądzić. Dalej nie wiem. Ale już nie sądzę, że to zabawne. To niezwykłe.
Wpierw mój entuzjazm przybrał siłę maniakalną. Mniej spałam, więcej robiłam. Roznosiło mnie. Jestem chadowcem, więc zauważam i próbuję moderować to, co mnie winduje do góry lub ciągnie w dół. Tym razem pozwoliłam temu płynąć kierując energię w stronę, która przyniesie najwięcej korzyści. Czułam się jakbym dostała świeże paliwo do swych działań. Pamiętałam słowa o sprawczości, jaką posiadam w swoim życiu i popłynęłam w tym kierunku... Znalazłam ujście mojej energii w tworzeniu sklepu internetowego. Założyłam działalność gospodarczą. Zaangażowałam przyjaciółkę, wspólnie weszłyśmy w projekt i mimo, że zdążyłam wylądować (dość miękko) i opadł maniakalny entuzjazm - dalej rozbudowujemy sklep i wierzymy, że mamy szansę na sukces.
Założenie działalności było od zawsze jednym z moich marzeń. Praca dla siebie, dla swojej satysfakcji. To nie jedyne marzenie i najlepsze jest to, że wciąż czuję to mruczenie w środku: jeszcze to, jeszcze tamto. Czuję sens życia. Wewnętrzny. Moje życie to nie tylko dzieci, facet, praca. Ale to mruczące poczucie radości. Poczucie, że jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. I że te rzeczy się uda zrobić!
Nie czuję się już jakbym ciągle była na haju, oj nie. Od kilku miesięcy skutecznie zmniejszam dość silny lek, który mnie stabilizował ale efekty uboczne są dla mnie nie do akceptacji i w związku z tym średnio co 3 dni czuję się troszkę rozmemłaną kupką nieszczęścia, ale to uczucie nie trwa długo. Jest do przejścia.

Trochę jest tak, że czuję się przebudzona. Jakbym wcześniej żyła w bańce myślenia, że to, co się udało to jest kres moich możliwości. Czuję się, jakbym zaczęła w końcu dostrzegać, że moje życie może być inne. Że nie mogę sobie wmawiać, że tego nie umiem a tamto jest nie dla mnie. Czuję, że cała wiedza z wielu lat terapii w końcu daje efekty. Jakby mnie Justyna "odkorkowała" tą hipnozą. Rozmową. Wejściem w głąb i przeprowadzeniem małej, zapłakanej dziewczynki przez traumę. Pokazaniem, że życie toczy się dalej i nie ma potrzeby siedzieć w pustym pokoju sama. Mogę pożegnać i puścić wolno wszystkie żale i traumy.




czwartek, 23 maja 2019

Hipomania czyli euforia na speedzie z domieszką wkurwu

Nie wiem czy to efekt sesji RTT (Rapid Transformational Therapy™), którą miałam dwa tygodnie temu (o tym napiszę w innym poście, bo to bardzo interesujące doświadczenie i fascynujący temat), a może tego, że z i tak najmniejszej dawki antydepresantu (wenlafaksyny), który mnie stabilizował - zeszłam do 1/3 tego leku (czyli co drugi, trzeci dzień biorę pigułkę) - do brzegu - weszłam w stany wysoce euforyczne. Hipomania. I tu się zaczyna robić ciekawie...

O dwubiegunówce wiem od dziesięciu lat. Ta drobna niedogodność uprzykrzała mi życie między 16 a 27 rokiem życia najmocniej. Dziś mam 32 lata i uważam, że w końcu coś dotarło do mojej główki z tych wieloletnich terapii i tony książek, jakie dane mi było doświadczyć. I kiedy poczułam euforię na speedzie w piątek po południu gdy przemierzałam Trójmiasto autem od razu zdjęłam nogę z gazu. Pilnowałam, by na liczniku nie pojawiła się wartość większa niż 60 Ściszyłam muzykę (to było bardzo trudne), a potem poszłam na spacer na Bulwar, by się dotlenić, uspokoić, pobyć sama. Wszystko mi się wydawało tak fascynujące, ludzie tak cudowni, że bałam się, że ostatecznie wyląduje na całonocnej imprezie zaczepiając każdego, kto miałby ochotę porozmawiać. Wróciłam do domu i położyłam się spać. Głowa mi pękała od myśli, ale udało się zasnąć. Następnego dnia uporządkowałam dziecięcy pokój,  kuchnię i salon, wszystkie rzeczy, które zalegały mi w domu, uszyłam poduszkę dla psa i eko woreczki do przechowywania. Ugotowałam obiad i zaczęłam gotować następny. Całe szczęście, że jestem spłukana i nie mogłam nic wydać ;) W niedzielę mimo spaceru (8km) po lesie z koleżanką trzymałam w sobie tyle energii, że chyba skisła bo poczułam drażliwość, wiesz, taki wkurw level hard i pokłóciłam się z PrawieMężem. Ostatecznie trzasnęłam drzwiami i pojechałam do brata i bratowej. Tam znowu poczułam flow i rozrysowałam plan swojej kariery. W poniedziałek byłam ekstremalnie produktywna w pracy, w domu już trochę mniej. Wtorek upłynął pod kątem planu na budowanie biznesu i warsztatów kreatywnych w Pomorskim Parku Naukowo Technologicznym. Cudowna sprawa. Czułam się wspaniale. Standardowo w przebiegu mojej hipomanii zajęłam się biznesem, który nigdy realnie nie ujrzał światła dziennego. Teraz chyba zaszłam dalej niż kiedykolwiek, ponieważ zebrałam wszystkie potrzebne mi informację potrzebne do założenia i prowadzenia działalności, opłacanie ZUS, Skarbówki i profilu branży, którą chcę się zająć (na szczęście nie jest to już rękodzieło, którym zalewałam dom w poprzednich hipomaniach). W myśl zasady: mogę wszystko! Idę jak burza, ale staram się kontrolować te tsunami energii. Zasypiam o 23 (średnio dwie godziny później niż zwykle) wstaję o 6 (średnio 40min wcześniej niż zwykle), robię mnóstwo rzeczy, które leżały odłogiem i czekały właśnie na ten stan... ale nie wychodzę na imprezy, pamiętam o regularnym jedzeniu i obowiązkach. Nie krzyczę na ludzi, że są za wolni, sama staram się zwalniać. Mam siłę na zajmowaniem się sprawami, które czekały nawet kilka lat. Jest produktywnie, energicznie, a wkurw tłumię rzeczami, które odwracają moją uwagę.

Zapraszam Cię do obejrzenia świetnego, polskiego dokumentu, który nieco wyjaśnia czym jest choroba dwubiegunowa. Zawsze jak widzę tego typu projekty, poznaje osoby borykające się z tym co ja - myślę sobie, że nie jestem sama, nie jestem osamotniona. Nie jestem też tak bardzo zwariowana: mój przebieg choroby nie odbiega od standardu, chociaż zdecydowanie lepiej sobie radzę niż kiedy byłam młodsza i kiedy nie miałam takiej świadomości, jaką mam teraz. Taką mam przynajmniej nadzieję ;)