czwartek, 23 maja 2019

Hipomania czyli euforia na speedzie z domieszką wkurwu

Nie wiem czy to efekt sesji RTT (Rapid Transformational Therapy™), którą miałam dwa tygodnie temu (o tym napiszę w innym poście, bo to bardzo interesujące doświadczenie i fascynujący temat), a może tego, że z i tak najmniejszej dawki antydepresantu (wenlafaksyny), który mnie stabilizował - zeszłam do 1/3 tego leku (czyli co drugi, trzeci dzień biorę pigułkę) - do brzegu - weszłam w stany wysoce euforyczne. Hipomania. I tu się zaczyna robić ciekawie...

O dwubiegunówce wiem od dziesięciu lat. Ta drobna niedogodność uprzykrzała mi życie między 16 a 27 rokiem życia najmocniej. Dziś mam 32 lata i uważam, że w końcu coś dotarło do mojej główki z tych wieloletnich terapii i tony książek, jakie dane mi było doświadczyć. I kiedy poczułam euforię na speedzie w piątek po południu gdy przemierzałam Trójmiasto autem od razu zdjęłam nogę z gazu. Pilnowałam, by na liczniku nie pojawiła się wartość większa niż 60 Ściszyłam muzykę (to było bardzo trudne), a potem poszłam na spacer na Bulwar, by się dotlenić, uspokoić, pobyć sama. Wszystko mi się wydawało tak fascynujące, ludzie tak cudowni, że bałam się, że ostatecznie wyląduje na całonocnej imprezie zaczepiając każdego, kto miałby ochotę porozmawiać. Wróciłam do domu i położyłam się spać. Głowa mi pękała od myśli, ale udało się zasnąć. Następnego dnia uporządkowałam dziecięcy pokój,  kuchnię i salon, wszystkie rzeczy, które zalegały mi w domu, uszyłam poduszkę dla psa i eko woreczki do przechowywania. Ugotowałam obiad i zaczęłam gotować następny. Całe szczęście, że jestem spłukana i nie mogłam nic wydać ;) W niedzielę mimo spaceru (8km) po lesie z koleżanką trzymałam w sobie tyle energii, że chyba skisła bo poczułam drażliwość, wiesz, taki wkurw level hard i pokłóciłam się z PrawieMężem. Ostatecznie trzasnęłam drzwiami i pojechałam do brata i bratowej. Tam znowu poczułam flow i rozrysowałam plan swojej kariery. W poniedziałek byłam ekstremalnie produktywna w pracy, w domu już trochę mniej. Wtorek upłynął pod kątem planu na budowanie biznesu i warsztatów kreatywnych w Pomorskim Parku Naukowo Technologicznym. Cudowna sprawa. Czułam się wspaniale. Standardowo w przebiegu mojej hipomanii zajęłam się biznesem, który nigdy realnie nie ujrzał światła dziennego. Teraz chyba zaszłam dalej niż kiedykolwiek, ponieważ zebrałam wszystkie potrzebne mi informację potrzebne do założenia i prowadzenia działalności, opłacanie ZUS, Skarbówki i profilu branży, którą chcę się zająć (na szczęście nie jest to już rękodzieło, którym zalewałam dom w poprzednich hipomaniach). W myśl zasady: mogę wszystko! Idę jak burza, ale staram się kontrolować te tsunami energii. Zasypiam o 23 (średnio dwie godziny później niż zwykle) wstaję o 6 (średnio 40min wcześniej niż zwykle), robię mnóstwo rzeczy, które leżały odłogiem i czekały właśnie na ten stan... ale nie wychodzę na imprezy, pamiętam o regularnym jedzeniu i obowiązkach. Nie krzyczę na ludzi, że są za wolni, sama staram się zwalniać. Mam siłę na zajmowaniem się sprawami, które czekały nawet kilka lat. Jest produktywnie, energicznie, a wkurw tłumię rzeczami, które odwracają moją uwagę.

Zapraszam Cię do obejrzenia świetnego, polskiego dokumentu, który nieco wyjaśnia czym jest choroba dwubiegunowa. Zawsze jak widzę tego typu projekty, poznaje osoby borykające się z tym co ja - myślę sobie, że nie jestem sama, nie jestem osamotniona. Nie jestem też tak bardzo zwariowana: mój przebieg choroby nie odbiega od standardu, chociaż zdecydowanie lepiej sobie radzę niż kiedy byłam młodsza i kiedy nie miałam takiej świadomości, jaką mam teraz. Taką mam przynajmniej nadzieję ;)



czwartek, 9 maja 2019

Ciąża i macierzyństwo: wersja bez cenzury



Czytałam wczoraj "Macierzyństwo non-fiction" Joanny Woźniczko-Czeczott (polecam) i odniosłam wrażenie, że faktycznie tak jest, że wchodząc do "klanu" gloryfikuje się ten stan ciążowy, macierzyństwo i wszystkie te dzieciowe sprawy. Jesteśmy w zmowie. Kiedyś zapytałam przyjaciółkę, co pamięta z porodu a ona odpowiedziała, że niewiele, bo gdyby kobiety pamiętały to ludzkość by wyginęła. Teraz bardzo dobrze to rozumiem. Z tym, że ja pamiętam. Ale wypieram ;)


Przemilcza się wszystkie trudne: wymioty od czwartego tygodnia do końca ósmego (na początku dziewiątego urodziłam, więc nie wiem jak jest później), mdłości i zgaga, cukrzyca ciążowa, piętnaście razy dziennie kłucie paluszka i 4 razy dziennie wpuszczanie w skórę brzucha insuliny, rozstępy, hemoroidy, wypadanie włosów, koszmarny połóg, brak snu przez pierwszy rok lub iluzja snu, brain fog, napady płaczliwości, napady gniewu i niesprawiedliwości, urażenie level hard, zaburzenia osobowości z rozdwojeniem jaźni (już nie ja a my, my robimy kupkę, my robimy obiadek, my jemy kupkę na obiadek...), dezintegracja psychofizyczna... i tak do roku na pewno. Później trochę wytchnienia daje nam praca, coś więcej niż skok na biedrę w ramach co tygodniowych wakacji na wolności...

Nigdy nie zapomnę własnego ataku paniki jeszcze przed roczkiem moich synów; bezgranicznej bezsilności, gdy poczułam, że po prostu nie daję rady. Odbiłam się wtedy od ściany, drzwi, zbiła się butelka i prawie pobiłam współsprawcę tego stanu rzeczy.
Także ten, było trudno. 


Pamiętam, że gdy zaczynało się ciężko udało mi się wypożyczyć z Biblioteki i przeczytać dwie genialne książki. Jeśli można powiedzieć, że książki ratują, to one to zrobiły.
Dowiedziałam się z niej, że dziecko płacze. To nie jest wiedza tajemna, po którą trzeba wybierać się na dalekie lądy, ale to bardzo pouczająca lektura tłumaczącej świeżynce takiej jak ja, że ten płacz to normalna sprawa. I że ode mnie zależy jak to poczuję. I co z tym zrobię. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, badań i statystyk. Lektura otworzyła mi oczy i utorowała drogę do innych książek, mówiących o tym, co mi się przyda w skrzynce z narzędziami przydatnymi w macierzyństwie.


A co, jeśli Matka przyzna, że nie jest idealna? Inne matki próbują zakryć uszy, zatkać usta lub krzyczeć, że powinno się jej odebrać dziecko. Pani Waldman przełamała pewne tabu, o którym piszę. Pokazała, że macierzyństwo wcale nie jest cukierkowe, że wcale nie musi lubić bawić się w piaskownicy. Opowiada z niezwykłą szczerością o swoich doświadczeniach, radościach i lękach. Szczególnie chwyciło mnie za serce stwierdzenie, że geny dziecka są jak porozrzucane klocki lego należące do całej rodziny. I ona pragnęłaby, by niektóre z nich wcale się nie pojawiły, bo nie są najlepsze (miała na myśli swoją chorobę afektywną dwubiegunową). Zapadło mi to w pamięć, ponieważ dokładnie takie same posiadam wątpliwości. Książka "Zła matka" otworzyła we mnie przyjmowanie trudnych emocji i je akceptowanie. Zrozumieć, że każda matka nie jest idealna, choćby na każdym zdjęciu w Instagramie uśmiechała się od ucha do ucha a jej dziecko było najbardziej spokojne na świecie. Każda ma emocje, targają nią wątpliwości, lęki, bezsilność.
Tylko się o tym nie mówi.
"Naprawdę tak ci zachwalano bycie matką? (...) No bo to jest trochę jak z wodą. Skaczemy do jeziora, a ona wściekle zimne. Więc ci na brzegu wahają się, skoczyć nie skoczyć. My wiemy, że przemrozi im tyłki, ale machamy z wody i krzyczymy: "dawaj dawaj, ciepła jest, ciepła"!"
Cytat z "Macierzyństwo non-fiction" 

Link do wywiadu z autorką:

I jeszcze jeden ciekawy artykuł dotyczący Amy Schumer, która również nie zgadza się na lukrowanie ciąży i macierzyństwa:


Książkę "Macierzyństwo non fiction" wypożyczyłam z Biblioteki, więc mój wpis bierze udział w akcji  czytelniczej #WyPożyczone :)



wtorek, 19 lutego 2019

Polska narkotyczna. Lukier, Malwiny Pająk


Kontrowersyjny temat? Myślę, że nie. Przekonaj się.


Zamówiłam książkę Malviny Pe kilka tygodni temu w nadziei, że zdobędę ją w dniu premiery (13.02), ale Empik dał dupy i „wysłał” do siebie zamówienie, które odebrałam w Walentynki. Też może być – niezbyt zadowolił mnie prezent od PrawieMęża (moi drodzy – jeśli kobieta mówi, że nie chce słodyczy to nie chce słodyczy, wysilcie się na coś mniej banalnego! Książka więc była prezentem ode mnie dla siebie w ramach dnia Zakochanych. I owszem, zakochana jestem: w książkach polskich. Książkach mocnych. Doskonały prezent! Zawiozłam książkę do domu, czule położyłam na łóżku, obfotografowałam bezwstydnie i kazałam czekać. Wrzuciłam dzieciaki szybciej do łóżek, by mi nie przeszkadzały i spędziłam wieczór z najlepszym debiutem, jaki mi się trafił w ostatnim czasie. "Lukier" był bardzo aktywnie promowany przez swoją autorkę, co dodatkowo podsycało ciekawość. Styl autorki: bezkompromisowy, bezpośredni i autentyczny trafił w moje czytelnicze serce i go nie zawiódł.
Wchodzimy w świat dwóch kobiet, mieszkanek Warszawy. Obie żyją na maksa, a jednak jakby trochę nieświadomie. Trochę jakby na koksie: na pełnej ale bez przerw na refleksję. Narkotycznie. Jak chyba większość z nas. Przekraczamy dwudziestkę, trzydziestkę na liczniku i zapominamy, że ten czas już nam nie wróci. Kupujemy, sprzedajemy, balujemy, wyglądamy, oglądamy ale wszystko odbywa się w oparach bezsensu. Julka, bohaterka "Lukru" z dragami ma jeszcze więcej wspólnego, bo je nie tylko zażywa ale i sprzedaje. Przytrafił się jej dil, coś się sprzedało, coś jeszcze zostało - konstrukcje słowa słusznie wskazują, że sama bohaterka nie miała w tym udziału w pełni świadomego. Samo się zadziało. Jak jej wybieg na imprezie Drag Queen. Jak romans z transseksualistą czule nazywany przyjaciółką. Podobnie drugiej bohaterce, Ance, której przytrafiła się przeszłość, namiętna choć nie spełniająca oczekiwań, pogalopowała więc w inną stronę: w stronę jeszcze mniejszej kontroli nad swoim życiem. Wyszła za mąż za kogoś, kto jej się wydawał świetnym materiałem na męża. I tu znowu wszystko się dzieje: praca, dom, projekty, spotkanie, czelendże, dedlajny, korposzczurowanie, porzucone marzenia.
I pstryk.
Równy rytm się wywala. Ktoś wypada z tej układanki, ktoś zawodzi. Rozjeżdża się życie, kobiety wpadają w pułapkę, w której muszą włączyć myślenie. Wyłączyć autopilota, rozejrzeć się, zweryfikować wartości. 
Konstrukcja powieści pozwala na "wejście" do głowy i patrzeniem oczami bohaterów. Przeplatają się ze sobą światy na pozór kompletnie różne, oddalone. Nie tylko współistnieją w tym samym mieście, ale w końcu wpadają na siebie. 

Zauważyłam pewien zabieg, który bardzo lubię w powieściach współczesnych. To wplatanie popkulturowych treści, fragmentów tekstów piosenek czy sloganów identyfikujących "nasze czasy" skrzyżowane z odbiorem rzeczywistości. Pierwszy raz to zauważyłam w "Ćpunie" Melvina Burgessa - teksty, które uzupełniały przebieg zdarzeń. Podobnie u Malwiny Pająk - fragmenty piosenek czy slogany (nowomowa, wypowiedzi, karpo-gadka...) dopełniają historie, osadzają jeszcze mocniej w rzeczywistość jednocześnie pozwalając jej wejść do systemu skojarzeń, metafor i zaczepek intelektualnych.
Chciałabym powiedzieć, że te światy są nierealne. Nieprawdopodobne. Ale tak nie jest. Odnajduję się w tej ich Warszawie. Odnajduję się na zebraniach; na pogrzebach, gdzie chciało się wymiotować z poczucia winy. Odnajduję się w relacjach, które z góry skazane były na porażkę i w takich, w których nawet płeć nie była jednoznaczna. To nie są żadne nowości. Żaden rozwód, żadne ćpanie nie jest niczym nowym. Jest brutalnie prawdziwe, choć systematycznie zalewane... lukrem. Wybielane, udające coś innego niż jest. Pomijane, nieuchwytne. Dobrze, że ktoś ten lukier zauważył. I opisał jak spływa.

Bardzo Malwinie kibicowałam. Kibicuje cały czas, żeby nie było wątpliwości. Nie tylko dlatego, że napisała dobrą powieść i jest ogólnie fajną, szczerą dziewczyną. Kibicuję jej, bo wyobrażam sobie, że w końcu porzucam wszystkie wątpliwości i wychodzę z moimi historiami na światło dzienne. Mam ich w sobie tyle, że jeśli nie zacznę ich opisywać to będę musiała chyba kogoś zabić. Malwina daje mi nadzieję, że można to zrobić i zachować siebie. Można opisać to, co tam siedzi i nie chować się po psychiatrykach*. To fajne uczucie, dziękuje Ci za nie, Malwino. Twoja powieść sprawia, że nie zazdroszczę i nie wiję się w środku z zawiści a klaszczę w ręce, dopinguję Ci i zaczynam jednocześnie mocniej wierzyć w siebie.

*Rozwinę to innym razem, jednak uprzedzam, że nie ma to absolutnie nic wspólnego z autorką "Lukru".


środa, 6 lutego 2019

Książki, które coś zmieniają. Recenzje

Z dobrymi książkami jest jak z czekoladą. Spróbujesz raz i chcesz więcej i więcej a i tak wspominasz tą najlepszą. Aż do spotkania jeszcze lepszej. By nie zapomnieć smaku "tej najlepszej" na dziś, znowu powracam do recenzowania ostatnio przeczytanych przeze mnie książek.

Dziś na wokandzie temat dziecka. Wrażliwego. I rodzica. Odpowiedzialnego. A na końcu coś tylko dla mnie. Trochę, by nie zwariować w tym dziecięco-macierzyńskim gąszczu.
Wszystkie biorą udział w akcji #WyPożyczone, wszystkie są własnością Biblioteki w Gdyni :)









Wysoko wrażliwe dziecko. Jak je zrozumieć i pomóc mu żyć w przytłaczającym świecie?


Kolejna odkrywcza pozycja (trudno ją nazwać książką, w mojej definicji książka to coś, co się czyta więcej niż godzinę). Osobiście widzę spory problem z balansem między rodzicielstwem "tradycyjnym", który wykorzystuje władzę rodziców do decydowania (do nadużywania tej władzy) a rodzicielstwem pełnym wolności i akceptacji, zrozumienia. Jesper Juul chyba też wie, że rodzicom ciężko zachować ten balans: ciężko podążać za swoją intuicji jednocześnie być w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. By posłużyć się przykładem: moje dzieci potrzebują dużo ruchu po żłobku. Nie udaje mi się ich "zdyscyplinować" by wpierw założyły buty i kurtki a potem wyszły z budynku i tam pobiegały. Często robią to już w korytarzu i czasami muszę za nimi biec by złapać te szalone dzieciaki i ubrać odpowiednio do pogody. Czasami pojawia się złość (kiedy jest i zmęczenie, głód itd) i moje reakcje są w zgodzie z zasadami wpojonymi od rodziców ("dziecko powinno być grzeczne i się słuchać") a czasami pozwalam im na to, wiedząc, że taka jest ich potrzeba i to żadna ujma, kiedy dzieci przez dłuższą chwilę pobiegają w różne strony, byle nie zrobiły sobie krzywdy... Intuicja podpowiada mi, żeby pozwolić się wyszaleć. Bycie w zgodzie ze sobą błaga o szybki transfer do domu. Myślę, że muszę jeszcze parę razy przeczytać tą... broszurkę by zrozumieć w pełni jej treść. Albo by móc wprowadzić jej elementy w życie.

Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania

Kto nie zna, choćby ze słyszenia Katarzyny Bondy, niechaj pierwszy wyjdzie ;) To najpopularniejsza polska pisarka, moim zdaniem. W dodatku chętnie dzieląca się swoją wiedzą. Sięgnęłam po nią, bo od wielu lat "piszę". Cokolwiek - od bloga po krótkie teksty aż do wielostronicowe historie nigdy nie opublikowane. I to marzenie postanowiłam trochę odkurzyć. Pisanie zawsze było jednym z moich najwierniejszych odskoczni. Jestem osobą o wielu zainteresowaniach, szukającą ujścia emocji w wielu możliwościach, ale to pisanie jest zawsze na pierwszym miejscu. Katarzyna Bonda zwraca uwagę, że to nie talent odpowiada za sukces ale trudna i ciężka praca rzemieślnicza. I czytelnicze wyzwania - w trakcie lektury "Kursu..." wypożyczyłam kolejne książki, które poleca autorka.

Cytat:

Jesteś inny. Masz w sobie jakiś nadmiar lub brak. To najlepszy materiał na pisarza.




czwartek, 10 stycznia 2019

Książki: coś prawdziwego, coś empatycznego i coś humorystycznego

Koniec grudnia i początek stycznia był dla mnie okresem, w którym koiłam (i koję nadal) nerwy przy książkach. Uwielbiam moje okoliczne biblioteki (jestem zapisana do siedmiu!) za to, jak duży wybór książek mają i za to, że można je wypożyczać w ilości hurtowej. Postanowiłam, że w jednym poście znajdą się trzy recenzje przeczytanych przeze mnie książek. Obiecuję, że nie będą długie, więc nie spodziewaj się kilometrowego posta. Bardzo bym chciała w podobnej formule pisać recenzje: trzy w jednym. Liczę, że to się sprawdzi a przy okazji zmotywuje mnie do częstszego pisania.

Dzisiejszy wpis bierze udział w wyzwaniu czytelniczym, o którym można przeczytać tutaj:

To fantastyczna akcja promująca czytelnictwo bez angażowania kosztów - wypożyczyć książki można z bibliotek, od rodziny czy przyjaciół. Brałam udział w zeszłym roku i zmotywowało mnie to do odświeżenia kart bibliotecznych w moim mieście (i znalezieniu wielu perełek literackich).

Recenzje:

Dwie Siostry, Åsne Seierstad 
Literacki reportaż, po który sięgnęłam zachęcona opisem wydawniczym. To historia dwóch sióstr, zrozpaczonego ojca oraz kształtowanie się Państwa Islamskiego w ostatnich dwudziestu latach. Byłam przerażona a jednocześnie zafascynowana tym czego dowiedziałam się na kartach tej książki. Nie miałam pojęcia! - to najczęstsza myśl, która mi towarzyszyła podczas lektury. Autorka przybliża życie rodzinne imigrantów somalijskich zamieszkałych w Norwegii i zmiany polityczne Syrii i Państwa Islamskiego. Łączy je decyzja dwóch sióstr, które z bezpiecznej Norwegii postanawiają przenieść się do Syrii w stanie wojny, by wspierać bojowników ISIS. Autorka próbuje dociec co skłoniło dziewczyny i co skłania inne młode osoby, które decydują się na tak radykalną zmianę w swoim życiu. Analizuje ich losy i przedstawia wpływ tych wyborów na całą rodzinę.
Książka Dwie Siostry bardzo mną poruszyła. Warto po nią sięgnąć i zmierzyć się również z własnymi wyobrażeniami na temat religii, polityki czy rodziny imigranckiej.

Jeszcze jeden oddech, Paul Kalanithi
Książka Paula to sztuka współodczuwania. Od pierwszych stron dowiadujemy się jaki będzie koniec, jednak droga ku niemu jest niezwykle emocjonalna. Pod koniec książki łzy leciały mi ciurkiem.
Zwykle nie zastanawiamy się jak umrzemy, a autor opisuje proces umierania i nadzieję, że jednak może jeszcze uda mu się coś zrobić w tym życiu. Młody, zdolny neurochirurg opisuje swoje życie - z perspektywy osoby umierającej na raka. Zgłębia zagadnienie ciała i świadomości w obliczu śmierci. Szczera, autentyczna pozycja, dzięki której łatwiej dostrzec we własnym życiu co jest najważniejsze.

Cytat z książki:

Kłopot z chorobą polega na tym, że kiedy człowiek się z nią zmaga, nieustannie zmieniają się jego wartości. Nie wystarczy raz ustalić, co jest w życiu najważniejsze - trzeba to robić na bieżąco.



Wielki ogarniacz życia czyli jak być szczęśliwym, nie robiąc niczego, Pani Bukowa
I na końcu coś z jajem. Pełna autoironii książka - dziennik Pani Bukowej, postaci kobiecej, która uczy jak się narobić, by się nie narobić i jak tracić zapał, nie zdążywszy się odpalić. To zabawne historyjki o codziennych sprawach w domu czy pracy, na gruncie prywatnym i zawodowym. Zabawne perypetie i jeszcze zabawniejsze memy sprawiają, że człowiek zajadając pizze przed telewizorem nie czuje się taki odstający w świecie fit&smart.

Cytat z książki:

Najlepszym czworonożnym przyjacielem człowieka jest łózko.



piątek, 4 stycznia 2019

Jak się nie trzymać - depresja

Nie łatwo przyznać się, że jest się w depresji. Bo co to niby znaczy? O depresji już powiedziano tyle, a wszyscy i tak wiedzą, że chodzi o smutek, smętek, lenistwo i emo. Halo, w jakim my świecie żyjemy? Schematów, rzecz jasna. Podsycanych kompleksami.

Jak się nie trzymać? A no na przykład źle sypiać. Źle jeść. Zestresować się i powtórzyć cykl minimum siedem dni. A później narazić się na trudne rocznice, jak śmierć taty czy wielkie rodzinne spotkania, jak wigilia w gronie całej rodziny. Z dwoma brzdącami, które chorują cały miesiąc i PrawieMężem, który sprawia, że jednocześnie się go kocha bardzo mocno i chce się od niego uciec średnio trzy razy dziennie. Sinusoida emocjonalna, niż somatyczny i ataki kompulsywnego poprawiania sobie humoru, czytaj czekoladoholizm... I nagle leki nie działają. Świat staje się brudniejszy niż jest, nastrój jak gąbka pochłania całą szarość rzeczywistości.
I depresja. Nie taka na pokaz, bo na zewnątrz niewiele się mówi. W zasadzie nie mówi się nic, bo po co mówić. Za trudne jest mówienie, za ciężko wypowiadać słowa, język kołkiem staje, słowa są za trudne do wymówienia, coś nie pasuje do czegoś. I po co. I obojętność. Jeszcze jeden uśmiech do dziecka, żeby nie myślało, że nadeszła zombie apokalipsa. Jeszcze jedna herbata, żeby napełnić ciało ciepłem. Żeby w ogóle je poczuć.
Jeszcze jeden spacer. Z psem. Ze smyczą, której pies od pięciu lat nie używa. Deszcz spływający po kurtce, nosie, okularach. W końcu drzewo w głębi lasu, które wydaje się idealne. Tak długo na nie patrzyłam, że w końcu pies zaczął szczekać, co się Pańcia wygłupiasz, zimno mi.
Przez całą drogę w głowie dwa głosy rozważały swoją sytuacje, analizę SWOT uskuteczniały. Głosy w głowie przemawiały słowami terapeutów, przyjaciół i choroby. Sama siebie przekonywałam o zasadności decyzji, podczas gdy sama siebie od tego odwodziłam. Ostatecznie pies zdecydował, bo głupio by było go tak zostawić. Pożegnałam się z drzewem i wróciłam do domu.

W depresji nic się nie chce ale wszystko się robi.
Nie z powodu lenistwa, jak niektórzy sądzą. To nie ma nic wspólnego z lenistwem. To kwestia braku sensu. Jeśli coś ma uzasadniony sens - można się tym zająć. W depresji niewiele rzeczy ma sens. Największy sens widzi się, w tym by nikt nie miał pretensji, więc trzeba wstać i wrzucić brudy do pralki, trzeba zrobić jakiś ciepły posiłek, trzeba położyć dzieci spać i rano je obudzić i przebrać. Wysokie poczucie obowiązku jest jednocześnie aktywizatorem jak i karą. Jak dobrze było mieć depresje, gdy mieszkało się samemu i nic się nie musiało robić, nikomu nie podlegać, z nikim rozmawiać.

W takich chwilach powtarzam sobie (albo ktoś mi powtarza w mojej głowie), że trzeba poczekać. Bo to mija. Rozświetlił mi nastrój w Nowy Rok, kiedy się wyspałam a dzieci były u Babci. Kiedy nic nie musiałam i dałam ciału odpocząć.
Nie jest jakoś super, ale nie jest źle. To chyba jakaś dewiza życiowa, którą całe rzesze chadowców się kieruje. Jak nie jest ani źle, ani super to znaczy, że jest stabilnie.



wtorek, 27 listopada 2018

"Bogaty ojciec biedny ojciec" Recenzja



Książkę Roberta Kiyosakiego nie trzeba przedstawiać. To pierwsza pozycja, o której się mówi chcąc polecić książkę poszerzającą wiedzę na temat finansów. Autor przekonuje, że biedni ludzie nie mają możliwości nauczyć własne dzieci mechanizmu bycia bogatym, ponieważ nie znają ich i wmawiają im popularne stwierdzenia, w które wierzą, a które nie mają już uzasadnienia w dzisiejszym świecie.
"Jeśli będziesz pilnie się uczył i uzyskasz dobre stopnie, znajdziesz bardzo dobrze płatną pracę z dodatkowymi świadczeniami", z wyjątkiem świadczeń, które w Polsce są raczej ujednolicone, dzieci słuchały tego zdania wielokrotnie od rodziców w większości krajach rozwiniętych. Robert Kiyosaki też słyszał od swoich rodziców tą formułkę. A potem poznał Bogatego Ojca swojego przyjaciela, który pokazał im, Robertowi i synowi, że aby być bogatym nie trzeba kończyć szkół i przede wszystkim nie trzeba szukać dobrej pracy. Należy ją samemu dla siebie stworzyć.

Autor przeprowadza czytelników przez sześć lekcji, które sam uzyskał dzięki Bogatemu Ojcu, a które mógł skonfrontować z poglądami Biednego (choć wykształconego) Ojca. Jedną z ważniejszych lekcji, które przewija się przez całą treść to zbudowanie w sobie inteligencji finansowej. To właśnie ona, inteligencja finansowa, według autora jest kluczem do zrozumienia mechanizmów rządzących ekonomią. Nie należy stać się trybikiem, elementem, lecz zarządzać nim: nie pracować dla pieniędzy, założyć, że to pieniądze pracują dla nas. Z początku wydaje się to abstrakcją, ale wyjaśnienia autora szybko rozwiewają to wrażenie.
Pilnuj swojego biznesu
Według mnie rozdział o powyższym tytule jest największym sekretem bogatych, które świadczy o ich bogactwie. Rozumiemy tu wszelkie aktywa, które generują dochody.
We wcześniejszych rozdziałach autor prezentuje zestawienie finansowe wykształconego ojca i bogatego ojca - oba zestawienia różnią się od siebie, choć główne komponenty pozostają takie same: przychód, rozchód, aktywa i pasywa. Biedni ludzie, według Kiyosakiego opierają swój majątek na pasywach, nie dbając o aktywa, które mogłyby generować im dochód. Bogaci bogacą się zaś, dzięki aktywom; skutecznie chroniąc się przed rozchodami.

Robert K. jest nie tylko bogatym człowiekiem umiejętnie zarządzającym swoimi pieniędzmi, energią i nieruchomościami, ale też jest orędownikiem edukacji finansowej. Stworzył grę, która uczy każdego, kto do niej postanowi przystąpić finansowych wyborów, inwestowania i zarabiania pieniędzy. O grze można przeczytać tutaj i tutaj.

Osobiście po przeczytaniu powyższej pozycji poczułam, że oto otwierają się przede mną wrota do wielkiego zrozumienia. Euforia trwała dobę, a później nastąpił zwrot energii i sposępniałam, kiedy zrozumiałam, że moim jedynym aktywem jest niewielki procent na koncie oszczędnościowym. Generuje mi on nie więcej niż złotówkę rocznie, więc daleko na takim aktywie bym nie zajechała. Pasywem zaś cała masa dóbr od mieszkania po samochód i kolekcja książek. Początkowy entuzjazm i zrozumienie mechanizmów rozbiło się o smutną rzeczywistość: nie mam w tej chwili nic, co mogłoby zaprocentować w przyszłości (ewentualnie kolekcja książek na sprzedaż). Zadałam sobie jednak pytanie, które również wyczytałam w książce Roberta Kiyosakiego: co mogę zrobić, by to zmienić?
I postanowiłam gromadzić pomysły. Część z nich już realizuję: zmieniam branżę, uczę się, rozwijam. Inwestuję w siebie.

Minusem książki „Bogaty ojciec. Biedny Ojciec” są powtarzane w nieskończoność te same zwroty. Być może to element łopatologicznego wkuwania do głowy czytelnika poszczególnych tez autora, jednak mnie z początku śmieszyła taka retoryka a pod koniec książki już męczyła. 
Mimo to polecam tą pozycję zwłaszcza osobom, które z edukacją finansową nie miały do czynienia, a tych jest niestety całkiem sporo.



środa, 21 listopada 2018

I Ty możesz zostać promotorem czytelnictwa!

Zainspirowana wpisem Promotorki Czytelnictwa, 11 oznak, że jesteś promotorem czytelnictwa postanowiłam sprawdzić, czy należę do tego zacnego grona :)


 MASZ W DOMU DUŻO KSIĄŻEK

Tak. Centralne miejsce w salonie. Kanapa nie jest naprzeciwko telewizora, jak w większości domów a naprzeciwko regałów z książkami. Przekładam je, segreguje, ważę w dłoni, kartkuje. Kiedy wpada mi do głowy by coś sprzedać, długo się nad tym zastanawiam a następnie rezygnuje.

Mówisz o książkach

Są ludzie, którzy zaraz po „cześć” pytają, co ciekawego przeczytałam. Uwielbiam o tym mówić. Opowiadam fabułę, dzielę się wrażeniami, polecam.

Czytasz w miejscu publicznym

Przychodnia, kolejki, czasami zdarzy mi się coś doczytać siedząc w aucie podczas stania w korku ;) Czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce: ulotki, gazety, obowiązkowo książka zakitrana w plecaku.

Czytasz innym - na przykład swoim dzieciom

Moje dzieci mają więcej książek niż ja będąc od nich starsza o dziesięć lat. Uwielbiam im pokazywać obrazki, czytać książki. Im bardziej się z książką bawię – tym weselej. Uwielbiają jak mama przeobraża się z Zenobiusza z książki o Ekoludkach. Czytam też swojemu partnerowi, bo on lubi jak czytam. Czytam nawet współpracownikom w pracy, bo jakoś tak wyszło ;)
  
Kupujesz innym książki w prezencie 

Na pytanie „co kupić na prezent” zawsze odpowiadam „książkę!”. Dla siebie też nie wyobrażam sobie lepszego prezentu. Kiedyś ktoś opowiadał mi, że są ludzie, którzy ich nie chcą. Nie wierzę ;)

Rozpoznajesz adaptacje filmowe

A nawet motywy, wątki, postacie!

Ubierasz się w książki

Szczerze mówiąc nie wpadłam na to, by ubierać się w książki, ale motyw książek jest mi na tyle bliski, że wciąż wyszukuje taką biżuterię: książkowe kolczyki lub naszyjniki. 

Prowadzisz bloga książkowego

 I to od lat!

Udzielasz się w social media

Chwaląc się przeczytaną książką, napisaną recenzją, wrzucając ciekawe wywiady z autorami książek… Zarówno na swoim profilu, jak i na FB Jak się trzymać 

Zawodowiec

Ukończyłam filologię polską, liczy się?


Jesteś ekspertem od książek...



Kiedy trzeba coś polecić, to do mnie! Nie ograniczam się do jednego gatunku literackiego. Uwielbiałam pracę w Empiku, na dziale literackim ponieważ codziennie mogłam dopasowywać książkę do persony, która do mnie przychodziła.

Zdecydowanie moje marzenie - mieć taki niekończący się regał z książkami na własność 

środa, 14 listopada 2018

Podręcznik Insulinoopornej


W tym roku dowiedziałam się o insulinooporności. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą nazwą. W ciąży chorowałam na cukrzycę ciążową i zasugerowano mi, bym kontrolowała cukier. Kontrolowałam, był dobry, chociaż nie idealny. Z uwagi na choroby tarczycy regularnie zaglądam do swojego endokrynologa, który zauważył pewne nieprawidłowości w moim zdrowiu i prosił, bym wykonała badania na glukozę i insulinę. Okazało się, że stosunek jeden do drugiego wskazuje współczynnik HOMA. To zaś pokazało, że zaliczam się do grupy insulinoopornych. Czyli moja trzustka nie nadąża z podażą insuliny i produkuje jej więcej, co jeszcze (!) ma możliwość zmniejszać glukozę, ale za jakiś czas może już przestać działać, w związku z czym nie produkować insuliny i pozwalać by glukoza zaczęła szybować do góry. Niebezpiecznie!

By dowiedzieć się nieco więcej o tej tajemniczej insulinooporności sięgnęłam po najlepsze polskie źródła, jakie znalazłam w internecie: Fundację Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie prowadzonej przez Dominikę Musiałowską.
Po przestudiowaniu strony sięgnęłam po książkę Dominiki.  Autorka wprowadza nas w swoją historię zdrowia, bez ogródek opowiada co się złożyło na stan, w którym się znalazła. I ciężką drogę do momentu, w którym jest teraz.

Insulinooporność. Zdrowa dieta i zdrowe życie.

To kompendium wiedzy dla pacjenta i osób, którzy interesują się IO, również z zawodowego punktu widzenia. Autorka przybliża nam definicję insulinooporności i objaśnia działanie hormonów. Oddaje również „głos” lekarzowi endokrynologowi, ginekologowi, dietetyczce i trenerowi sportowemu. Łączy wszystkie aspekty składające się na OI: od problemów hormonalnych, ginekologicznych, błędów w żywieniu i braku ruchu aż po psychikę. W książce znajdujemy rady i tricki, które są w stanie pomóc. Do mnie przemówił trening, ruch. Gdy mój lekarz endokrynolog wspomniał, że w leczeniu insulinooporności jest bardzo ważny ruch (jak i dieta, leki i połączenie tych trzech elementów) pomyślałam sobie, że to takie "gadanie", jak zawsze... wiele osób na pewno wie, o czym mówię. A zresztą, myślałam - raz już schudłam 30 kilogramów w osiem miesięcy i to bez zbytniego ruchu (za to niejedzeniem i stresem). Po tym jak dopadło mnie "jojo" prawdopodobnie moja insulina zaczęła wołać o pomstę do nieba... Dzięki Dominice poznałam dokładny mechanizm. Sprawdza się stwierdzenie, że o chorobie trzeba wiedzieć, by móc się leczyć.
Szczególnie przemówiły do mnie porady odwołujące się do codziennych problemów dotyczących jadłospisu. Znajdziemy wśród nich podpowiedzi co mówić rodzinie, gdy na różnych uroczystościach proponują kawałek tortu, porcję sałatki czy inne trudne do odrzucenia rzeczy, które nam nie służą.
Autorka książki przekonuje nas też, że nie jesteśmy sami. Stworzyła wiele miejsc w sieci, dzięki którym znajdziemy wsparcie. W jednym z takich miejsc poznałam moje towarzyszki do nordic walking (które ostatnio niestety zaniedbałam ze względu na szkołę w weekendy) i dietetyczkę z powalającą wiedzą i doświadczeniem (pozdrawiam Martę, Inna Strona Diety).

Dominika Musiałowska wraz z Magdaleną Makarowską wydały również dwie kolejne części: Dieta w insulinooporności. Menu na cztery miesiące oraz Insulinooporność w polskiej kuchni. Dla całej rodziny z niskim IG. Ostatnią muszę zakupić, a pierwszą właśnie przeglądam i jestem zachwycona pięknymi zdjęciami i smakowitymi propozycjami dań. Myślę, że jest co polecać!


środa, 24 października 2018

Nie mów tylko "nie", mów "tak! Nie. Tak?"

Siła Pozytywnego „Nie”




Autor zachęca do szczerego przyjrzenia się swoim zasadom, wartościom i decyzjom, które współgrają ze sobą. Sugeruje, że im większa pewność co do motywacji swoich działań, tym lepsza efektywność w bronieniu ich.
Jeśli czuję, że nie chcę przychodzić do pracy w wolny dzień w ramach nadgodzin - zastanawiam się dlaczego, co mną kieruje. By zrobić na złość szefowi - bo prosi mnie o coś, czego wcale nie muszę robić, więc z satysfakcją mu odmówię, chociaż i tak nie mam planów? A może dlatego, ponieważ w tym czasie mogę zająć się rodziną, która jest dla mnie bardzo ważna i nie chce stracić cennych dla mnie chwil? Gdy upewnię się, co jest dla mnie dobre i ważne, łatwiej mi sprecyzować swoje stanowisko.

WZMOCNIJ SWOJE "NIE"
Gdy już odkrywam co jest dla mnie ważne i co mną kieruję mogę szczerze i z szacunkiem powiedzieć o tym drugiej osobie. Ważne, by druga osoba zrozumiała, że moje "nie" wyrasta z "tak" dla moich zasad - im pewniejsza jestem swojego stanowiska, tym silniejsze jest moje "nie". Kiedy już wiem, że sobotę chcę spędzić z rodziną, bo ona jest dla mnie priorytetem, mówię o tym szefowi. Dziękuję za propozycję (szacunek), ale mam już plany, których nie chcę zmieniać, ponieważ są dla mnie ważne.

PRZYGOTUJ GRUNT DLA "TAK"
Zwykle w tym miejscu słyszę, że powinnam zmienić plany. Jest opór, niezrozumienie a czasem złość czy inna reakcja, nad którą nie mamy wpływu. Jednak dla dobra relacji - ważne, by zaproponować rozwiązanie, które będzie dobre dla wszystkich osób zainteresowanych. To ogromna sztuka - znaleźć coś, co zaspokoi potrzeby wszystkich. Nie chcę przychodzić w sobotę, bo wiem, że cała moja rodzina w tym czasie się zbierze i planujemy miło ze sobą spędzić czas, ale wiem, że w poniedziałek i wtorek mogę zostać dłużej - proponuję to. Negocjuję warunki. W pozytywnej komunikacji chodzi właśnie o to, by dojść do porozumienia, gdzie każdy będzie "wygrany" - ja będę mieć wolną sobotę a szef zrobione działania. Win - win.

W książce jest mnóstwo sposobów, dzięki którym komunikacja może stać się prawdziwym dialogiem. Autor dzieli się swoimi sposobami na najczęstsze problemy współtowarzyszące prośbom, negocjacjom czy żądaniom. Proponuje rozwiązania, które mogą się przydać w każdej sytuacji.
W własnych obserwacji wynika, że najgorszym doradcą są emocje. Dla mnie więc doskonałą radą było "wyjście na balkon" - czyli znalezienie chwili dla przewietrzenia głowy, pauzowanie dyskusji i zdystansowanie się od niej a później powrót, kiedy emocje opadną. Wielokrotnie ta metoda pomogła mi w życiu - bez względu na charakter "dyskusji".

Polecam "Siła pozytywnego nie" wszystkim, bez wyjątku. To jedna z pozycji, które przyczyniają się do polepszenia jakości naszego życia, jeśli tylko postanowimy skorzystać z treści. A myślę, że warto to zrobić dla dobra nas samych i naszych rozmówców a przede wszystkim dla dobra swoich zasad i wartości, które niejednokrotnie naginamy z powodu czyiś żądań.

Książkę wypożyczyłam z Biblioteki Gdyńskiej i bierze ona udział w Wyzwaniu WyPożyczone 2018.








wtorek, 9 października 2018

Jak zacząć się ruszać?

O tym, że trzeba się ruszać wie każdy. Nie jeden lekarz Ci to powie, nie jedną książkę o tym wydano. Znamy to z telewizji, gazet i od przyjaciół. Ale jeśli jesteś takim leniem, jak ja, to żadne nawet największe pochwały na cześć sportu nie są w stanie do Ciebie dotrzeć... Póki sam nie poczujesz, że to jest to.

TO JEST TO!

Czyli ruch, który robi Tobie najlepiej! Ruch, który sprawia, że potrzebujesz go więcej i częściej. 
Dla takiego zwierza kanapowego jak ja powyższe stwierdzenie budowało presję ;) Ale jestem przykładem na to, że jeśli nie zmusza się do niczego ale stawia na poszukiwania - naprawdę się to coś znajduje. Kiedy zgłosiłam się do dietetyka rok temu usłyszałam, że nie podejmie się napisania mi jadłospisu, jeśli nie będę w stanie obiecać, że tygodniowo wykonam cztery treningi. Oczywiście nie nawiązałam z nim współpracy. Pół roku później sama z siebie znalazłam grupę fantastycznych dziewczyn z grupy IO (Inspulinoopornych), z którymi uprawiamy kilkukilometrowy Nordic Walking co tydzień w niedzielę. Zabieramy kijki, spotykamy się w jakiś pięknych miejscach położonych głównie na leśnych lub parkowych terenach Trójmiasta i marszem przemierzamy górki i dolinki wesoło plotkując. Nie stronię również od samotnego "kijkowania" - mam w bliskiej okolicy piękny las, ciekawą trasę i podcasty Przeciętnego Człowieka w telefonie, którego serdecznie polecam. 
Nigdy nie lubiłam biegać, kojarzyło mi się to z brakiem oddechu, męczeniem się i bezcelowością. Raz jeden przyjaciółka namówiła mnie na bieganie (wiele lat temu) i skończyło się to atakiem astmy (której w zasadzie nie mam, ale gdy biegam to jakaś magia się dzieje i to ta mniej pożądana). Nordic Walking to dyscyplina, która łączy w sobie spacer z marszem. Dzięki kijkom uruchamiane zostają mięśnie ramion i rąk, postawa się prostuje. 

Jednak co tygodniowy NW w pewnym momencie stał się dla mnie niewystarczający. Jako osoba, która dąży do harmonii i akceptacji swojego ciała (z którym niekoniecznie miałam dobre relacje w przeszłości) postanowiłam zapisać się na kurs początkujący w Centrum Jogi i Pilatesu. Poczułam, że to właściwy moment, by poznać czym jest Joga.
I znów poczułam, że trafiłam na coś, co mnie kręci. Medytacja połączona z określonymi ruchami, pozycjami (asanami). Spokojny, akceptujący głos instruktorki i wsłuchanie się w własne ciało, w jego możliwości, oddech. Ze spotkania na spotkanie czuję, że moja sylwetka się prostuje, kręgosłup mniej boli a stopy pewniej zakorzeniają się w podłożu. Zaczęłam nawet czytać literaturę na ten temat, szukać w sobie skupienia, energii w ciele. I powiem Ci, że to bardzo przyjemne. Nigdy nie kojarzyłam napięcie mięśni, wysiłek fizyczny z przyjemnością. To właśnie joga sprawiła, że coś w mojej głowie się odblokowało.

Idąc za ciosem szukam dalej. Ostatnio dane mi było uczestniczyć w imprezie dzielnicowej na orientację. To była fantastyczna zabawa, nawet jak z jednej górki zbiegaliśmy w dół, by zdobyć kolejną górkę i punkt orientacyjny. Mój dwuosobowy Team (pozdrawiam mojego Brata, który wcielił się w rolę nawigatora) zdobył trudniejsze punkty orientacyjne w terenie, w trochę dłuższym czasie niż średnia ilość uczestników na tym poziomie trudności, ale skutecznie zaraził się pozytywnym przekazem, jaki za sobą niesie impreza na orientację. Już szykujemy się na kolejną imprezę!

To wszystko daje siłę. Serio. I wiem, jak to brzmi. Ale daje napęd, wzmaga apetyt na więcej. Endorfiny szaleją w organizmie. Nie pamiętam, kiedy tak długo utrzymywałam w sobie pogodę ducha. Nawet jak coś mnie wkurzy, to mija szybko. Nawet jak coś mnie zasmuci, to nie utrzymuje się długo. Spróbuj :) Poszukaj czegoś na miarę Twoich możliwości, odważ się na pierwszy krok. Może TO właśnie będzie TYM, czego szukałeś?