Książkę Kiyosakiego nie trzeba przedstawiać. To pierwsza pozycja, o której się mówi chcąc polecić książkę poszerzającą wiedzę na temat finansów. Autor przekonuje, że biedni ludzie nie mają możliwości nauczyć własne dzieci mechanizmu bycia bogatym, ponieważ nie znają ich i wmawiają im popularne stwierdzenia, w które wierzą, a które nie mają już uzasadnienia w dzisiejszym świecie.
"Jeśli będziesz pilnie się uczył i uzyskasz dobre stopnie, znajdziesz bardzo dobrze płatną pracę z dodatkowymi świadczeniami", z wyjątkiem świadczeń, które w Polsce są raczej ujednolicone, dzieci słuchały tego zdania wielokrotnie od rodziców w większości krajach rozwiniętych. Robert Kiyosaki też słyszał od swoich rodziców tą formułkę. A potem poznał Bogatego Ojca swojego przyjaciela, który pokazał im, Robertowi i synowi, że aby być bogatym nie trzeba kończyć szkół i przede wszystkim nie trzeba szukać dobrej pracy. Należy ją samemu dla siebie stworzyć.

Autor przeprowadza czytelników przez sześć lekcji, które sam uzyskał dzięki Bogatemu Ojcu, a które mógł skonfrontować z poglądami Biednego (choć wykształconego) Ojca. Jedną z ważniejszych lekcji, które przewija się przez całą treść to zbudowanie w sobie inteligencji finansowej. To właśnie ona, inteligencja finansowa, według autora jest kluczem do zrozumienia mechanizmów rządzących ekonomią. Nie należy stać się trybikiem, elementem, lecz zarządzać nim: nie pracować dla pieniędzy, założyć, że to pieniądze pracują dla nas. Z początku wydaje się to abstrakcją, ale wyjaśnienia autora szybko rozwiewają to wrażenie.
Pilnuj swojego biznesu
Według mnie rozdział o powyższym tytule jest największym sekretem bogatych, które świadczy o ich bogactwie. Rozumiemy tu wszelkie aktywa, które generują dochody.
We wcześniejszych rozdziałach autor prezentuje zestawienie finansowe wykształconego ojca i bogatego ojca - oba zestawienia różnią się od siebie, choć główne komponenty pozostają takie same: przychód, rozchód, aktywa i pasywa. Biedni ludzie, według Kiyosakiego opierają swój majątek na pasywach, nie dbając o aktywa, które mogłyby generować im dochód. Bogaci bogacą się zaś, dzięki aktywom; skutecznie chroniąc się przed rozchodami.

Robert K. jest nie tylko bogatym człowiekiem umiejętnie zarządzającym swoimi pieniędzmi, energią i nieruchomościami, ale też jest orędownikiem edukacji finansowej. Stworzył grę, która uczy każdego, kto do niej postanowi przystąpić finansowych wyborów, inwestowania i zarabiania pieniędzy. O grze można przeczytać tutaj i tutaj.

Osobiście po przeczytaniu powyższej pozycji poczułam, że oto otwierają się przede mną wrota do wielkiego zrozumienia. Euforia trwała dobę, a później nastąpił zwrot energii i sposępniałam, kiedy zrozumiałam, że moim jedynym aktywem jest niewielki procent na koncie oszczędnościowym. Generuje mi on nie więcej niż złotówkę rocznie, więc daleko na takim aktywie bym nie zajechała. Pasywem zaś cała masa dóbr od mieszkania po samochód i kolekcja książek. Początkowy entuzjazm i zrozumienie mechanizmów rozbiło się o smutną rzeczywistość: nie mam w tej chwili nic, co mogłoby zaprocentować w przyszłości (ewentualnie kolekcja książek na sprzedaż). Zadałam sobie jednak pytanie, które również wyczytałam w książce Roberta Kiyosakiego: co mogę zrobić, by to zmienić?
I postanowiłam gromadzić pomysły. Część z nich już realizuję: zmieniam branżę, uczę się, rozwijam. Inwestuję w siebie.

Minusem książki „Bogaty ojciec. Biedny Ojciec” są powtarzane w nieskończoność te same zwroty. Być może to element łopatologicznego wkuwania do głowy czytelnika poszczególnych tez autora, jednak mnie z początku śmieszyła taka retoryka a pod koniec książki już męczyła. 
Mimo to polecam tą pozycję zwłaszcza osobom, które z edukacją finansową nie miały do czynienia, a tych jest niestety całkiem sporo.



Zainspirowana wpisem Promotorki Czytelnictwa, 11 oznak, że jesteś promotorem czytelnictwa postanowiłam sprawdzić, czy należę do tego zacnego grona :)


 MASZ W DOMU DUŻO KSIĄŻEK

Tak. Centralne miejsce w salonie. Kanapa nie jest naprzeciwko telewizora, jak w większości domów a naprzeciwko regałów z książkami. Przekładam je, segreguje, ważę w dłoni, kartkuje. Kiedy wpada mi do głowy by coś sprzedać, długo się nad tym zastanawiam a następnie rezygnuje.

Mówisz o książkach

Są ludzie, którzy zaraz po „cześć” pytają, co ciekawego przeczytałam. Uwielbiam o tym mówić. Opowiadam fabułę, dzielę się wrażeniami, polecam.

Czytasz w miejscu publicznym

Przychodnia, kolejki, czasami zdarzy mi się coś doczytać siedząc w aucie podczas stania w korku ;) Czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce: ulotki, gazety, obowiązkowo książka zakitrana w plecaku.

Czytasz innym - na przykład swoim dzieciom

Moje dzieci mają więcej książek niż ja będąc od nich starsza o dziesięć lat. Uwielbiam im pokazywać obrazki, czytać książki. Im bardziej się z książką bawię – tym weselej. Uwielbiają jak mama przeobraża się z Zenobiusza z książki o Ekoludkach. Czytam też swojemu partnerowi, bo on lubi jak czytam. Czytam nawet współpracownikom w pracy, bo jakoś tak wyszło ;)
  
Kupujesz innym książki w prezencie 

Na pytanie „co kupić na prezent” zawsze odpowiadam „książkę!”. Dla siebie też nie wyobrażam sobie lepszego prezentu. Kiedyś ktoś opowiadał mi, że są ludzie, którzy ich nie chcą. Nie wierzę ;)

Rozpoznajesz adaptacje filmowe

A nawet motywy, wątki, postacie!

Ubierasz się w książki

Szczerze mówiąc nie wpadłam na to, by ubierać się w książki, ale motyw książek jest mi na tyle bliski, że wciąż wyszukuje taką biżuterię: książkowe kolczyki lub naszyjniki. 

Prowadzisz bloga książkowego

 I to od lat!

Udzielasz się w social media

Chwaląc się przeczytaną książką, napisaną recenzją, wrzucając ciekawe wywiady z autorami książek… Zarówno na swoim profilu, jak i na FB Jak się trzymać 

Zawodowiec

Ukończyłam filologię polską, liczy się?


Jesteś ekspertem od książek...



Kiedy trzeba coś polecić, to do mnie! Nie ograniczam się do jednego gatunku literackiego. Uwielbiałam pracę w Empiku, na dziale literackim ponieważ codziennie mogłam dopasowywać książkę do persony, która do mnie przychodziła.

Zdecydowanie moje marzenie - mieć taki niekończący się regał z książkami na własność 


W tym roku dowiedziałam się o insulinooporności. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą nazwą. W ciąży chorowałam na cukrzycę ciążową i zasugerowano mi, bym kontrolowała cukier. Kontrolowałam, był dobry, chociaż nie idealny. Z uwagi na choroby tarczycy regularnie zaglądam do swojego endokrynologa, który zauważył pewne nieprawidłowości w moim zdrowiu i prosił, bym wykonała badania na glukozę i insulinę. Okazało się, że stosunek jeden do drugiego wskazuje współczynnik HOMA. To zaś pokazało, że zaliczam się do grupy insulinoopornych. Czyli moja trzustka nie nadąża z podażą insuliny i produkuje jej więcej, co jeszcze (!) ma możliwość zmniejszać glukozę, ale za jakiś czas może już przestać działać, w związku z czym nie produkować insuliny i pozwalać by glukoza zaczęła szybować do góry. Niebezpiecznie!

By dowiedzieć się nieco więcej o tej tajemniczej insulinooporności sięgnęłam po najlepsze polskie źródła, jakie znalazłam w internecie: Fundację Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie prowadzonej przez Dominikę Musiałowską.
Po przestudiowaniu strony sięgnęłam po książkę Dominiki.  Autorka wprowadza nas w swoją historię zdrowia, bez ogródek opowiada co się złożyło na stan, w którym się znalazła. I ciężką drogę do momentu, w którym jest teraz.

Insulinooporność. Zdrowa dieta i zdrowe życie.

To kompendium wiedzy dla pacjenta i osób, którzy interesują się IO, również z zawodowego punktu widzenia. Autorka przybliża nam definicję insulinooporności i objaśnia działanie hormonów. Oddaje również „głos” lekarzowi endokrynologowi, ginekologowi, dietetyczce i trenerowi sportowemu. Łączy wszystkie aspekty składające się na OI: od problemów hormonalnych, ginekologicznych, błędów w żywieniu i braku ruchu aż po psychikę. W książce znajdujemy rady i tricki, które są w stanie pomóc. Do mnie przemówił trening, ruch. Gdy mój lekarz endokrynolog wspomniał, że w leczeniu insulinooporności jest bardzo ważny ruch (jak i dieta, leki i połączenie tych trzech elementów) pomyślałam sobie, że to takie "gadanie", jak zawsze... wiele osób na pewno wie, o czym mówię. A zresztą, myślałam - raz już schudłam 30 kilogramów w osiem miesięcy i to bez zbytniego ruchu (za to niejedzeniem i stresem). Po tym jak dopadło mnie "jojo" prawdopodobnie moja insulina zaczęła wołać o pomstę do nieba... Dzięki Dominice poznałam dokładny mechanizm. Sprawdza się stwierdzenie, że o chorobie trzeba wiedzieć, by móc się leczyć.
Szczególnie przemówiły do mnie porady odwołujące się do codziennych problemów dotyczących jadłospisu. Znajdziemy wśród nich podpowiedzi co mówić rodzinie, gdy na różnych uroczystościach proponują kawałek tortu, porcję sałatki czy inne trudne do odrzucenia rzeczy, które nam nie służą.
Autorka książki przekonuje nas też, że nie jesteśmy sami. Stworzyła wiele miejsc w sieci, dzięki którym znajdziemy wsparcie. W jednym z takich miejsc poznałam moje towarzyszki do nordic walking (które ostatnio niestety zaniedbałam ze względu na szkołę w weekendy) i dietetyczkę z powalającą wiedzą i doświadczeniem (pozdrawiam Martę, Inna Strona Diety).

Dominika Musiałowska wraz z Magdaleną Makarowską wydały również dwie kolejne części: Dieta w insulinooporności. Menu na cztery miesiące oraz Insulinooporność w polskiej kuchni. Dla całej rodziny z niskim IG. Ostatnią muszę zakupić, a pierwszą właśnie przeglądam i jestem zachwycona pięknymi zdjęciami i smakowitymi propozycjami dań. Myślę, że jest co polecać!


Siła Pozytywnego „Nie”




Autor zachęca do szczerego przyjrzenia się swoim zasadom, wartościom i decyzjom, które współgrają ze sobą. Sugeruje, że im większa pewność co do motywacji swoich działań, tym lepsza efektywność w bronieniu ich.
Jeśli czuję, że nie chcę przychodzić do pracy w wolny dzień w ramach nadgodzin - zastanawiam się dlaczego, co mną kieruje. By zrobić na złość szefowi - bo prosi mnie o coś, czego wcale nie muszę robić, więc z satysfakcją mu odmówię, chociaż i tak nie mam planów? A może dlatego, ponieważ w tym czasie mogę zająć się rodziną, która jest dla mnie bardzo ważna i nie chce stracić cennych dla mnie chwil? Gdy upewnię się, co jest dla mnie dobre i ważne, łatwiej mi sprecyzować swoje stanowisko.

WZMOCNIJ SWOJE "NIE"
Gdy już odkrywam co jest dla mnie ważne i co mną kieruję mogę szczerze i z szacunkiem powiedzieć o tym drugiej osobie. Ważne, by druga osoba zrozumiała, że moje "nie" wyrasta z "tak" dla moich zasad - im pewniejsza jestem swojego stanowiska, tym silniejsze jest moje "nie". Kiedy już wiem, że sobotę chcę spędzić z rodziną, bo ona jest dla mnie priorytetem, mówię o tym szefowi. Dziękuję za propozycję (szacunek), ale mam już plany, których nie chcę zmieniać, ponieważ są dla mnie ważne.

PRZYGOTUJ GRUNT DLA "TAK"
Zwykle w tym miejscu słyszę, że powinnam zmienić plany. Jest opór, niezrozumienie a czasem złość czy inna reakcja, nad którą nie mamy wpływu. Jednak dla dobra relacji - ważne, by zaproponować rozwiązanie, które będzie dobre dla wszystkich osób zainteresowanych. To ogromna sztuka - znaleźć coś, co zaspokoi potrzeby wszystkich. Nie chcę przychodzić w sobotę, bo wiem, że cała moja rodzina w tym czasie się zbierze i planujemy miło ze sobą spędzić czas, ale wiem, że w poniedziałek i wtorek mogę zostać dłużej - proponuję to. Negocjuję warunki. W pozytywnej komunikacji chodzi właśnie o to, by dojść do porozumienia, gdzie każdy będzie "wygrany" - ja będę mieć wolną sobotę a szef zrobione działania. Win - win.

W książce jest mnóstwo sposobów, dzięki którym komunikacja może stać się prawdziwym dialogiem. Autor dzieli się swoimi sposobami na najczęstsze problemy współtowarzyszące prośbom, negocjacjom czy żądaniom. Proponuje rozwiązania, które mogą się przydać w każdej sytuacji.
W własnych obserwacji wynika, że najgorszym doradcą są emocje. Dla mnie więc doskonałą radą było "wyjście na balkon" - czyli znalezienie chwili dla przewietrzenia głowy, pauzowanie dyskusji i zdystansowanie się od niej a później powrót, kiedy emocje opadną. Wielokrotnie ta metoda pomogła mi w życiu - bez względu na charakter "dyskusji".

Polecam "Siła pozytywnego nie" wszystkim, bez wyjątku. To jedna z pozycji, które przyczyniają się do polepszenia jakości naszego życia, jeśli tylko postanowimy skorzystać z treści. A myślę, że warto to zrobić dla dobra nas samych i naszych rozmówców a przede wszystkim dla dobra swoich zasad i wartości, które niejednokrotnie naginamy z powodu czyiś żądań.

Książkę wypożyczyłam z Biblioteki Gdyńskiej i bierze ona udział w Wyzwaniu WyPożyczone 2018.








Oszczędzanie to temat tabu w naszym kraju. Niewiele ludzi tak naprawdę ma świadomość finansową. Nie uczyli tego w szkołach, w telewizji niewiele o tym się mówi a w pracy o wynagrodzeniu w ogóle się nie rozmawia. W końcu przyszedł moment, kiedy miliony ludzi (według statystyk, bo nie od nich samych) zadłużyło się i zaczęło szukać pomocy w internecie. I właśnie na te bolączki odpowiada Michał Szafrański ze swoim blogiem Jak oszczędzać pieniądze. To prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalny blog finansowy w Polsce. Znam go od kilku lat i właśnie dzięki niemu zwiększałam swoją świadomość finansową. Dzięki niemu uwierzyłam, że mogę poprowadzić gospodarstwo finansowe nie zadłużając się i pozwalając jednocześnie na przyjemności przy całkiem przeciętnym wynagrodzeniu. Dziś moje gospodarstwo domowe liczy cztery osoby, z czego dwoje jeszcze długo nie będą na siebie zarabiać ;)

Zachęcona przez Michała Szafrańskiego prowadziłam budżet domowy przez dwa lata. W ostatnim roku udało mi się go prowadzić jedynie miesiąc. Straciłam cel i motywację by wklepywać rachunki w odpowiednie rubryki. Wiedziałam doskonale na co idą pieniądze, wiedziałam, że niezależnie od naszych pensji nie idą one w rubrykę "oszczędzanie", ponieważ nie wiedzieliśmy na co i ile możemy wydać. Wydawaliśmy więc wszystko bez względu czy mieliśmy tyle co teraz, czy tyle co rok temu (kiedy mieliśmy połowę tego, co teraz).


I nadszedł magiczny moment, w którym znowu pokornie wróciłam do internetu po dobrą radę. Tym razem natknęłam się na bloga Rodzina na kredyt i sposób, który zaprezentowała Agnieszka. Prywatnie jest mamą dójki dzieci, prowadzą z mężem całkiem przeciętne gospodarstwo domowe (czyli na poziomie około 5 tyś dochodów i starają się je zwiększyć). Poniższy plan nie jest autorskim pomysłem Agnieszki - zapoznała się z nim na kursie Kamili Rowińskiej a tam trafił prawdopodobnie dzięki temu, że stosuje go milioner Harv Eker, przedsiębiorca, mówca motywacyjny i autor wielu publikacji na temat gromadzenia kapitału. Jest on autorem metody sześciu słoików. Wymyślony przez niego system pozwala zaoszczędzić zawsze bez względu na wysokość środków, jakie mamy do dyspozycji w ciągu miesiąca.

Metoda prezentuje się tak:


6 słoików Harv Ekera
Słoik nr 1 – przyjemności – 10% głównej kwoty
Słoik nr 2 – większe zakupy – 10%
Słoik nr 3 – edukacja – 10%
Słoik nr 4 – inwestycje – 10%
Słoik nr 5 – dla innych – 5%
Słoik nr 6 – opłaty stałe – 55%



Na blogu Rodziny na kredyt jest pewna modyfikacja, która niezwykle do mnie przemawia:


100% Twoich i partnera dochodów to: ___________
10% tej kwoty to (KZO) Konto rodzinne zabawowe ______
5% tej kwoty to (CH) Konto Charytatywne ______
16% Twoich i partnera dochodów to: ________
50% powyższej kwoty to Twoje kieszonkowe: ________
50% to kieszonkowe partnera: ________

Podziel teraz swoje kieszonkowe na 4 równe części:
1. (KWF)- Konto wolności finansowej: _________
2. (DO)- Długoterminowe oszczędności do wydania: ________
3. (EDU)- Edukacja- szkolenie, studia itp.: _________
4. (KZO)- Zabawa- fryzjer, SPA, ubrania, tp.: __________
Pozostała kwota wspólna to:
55% tej kwoty to (KWK) Konto wydatków koniecznych: ______
10% tej kwoty to (KWF) Konto wolności finansowej: ______
10% tej kwoty to (EDU) Konto edukacyjne: ______
10% tej kwoty to długoterminowe oszczędności: ______


Z tego miejsca serdecznie chciałabym podziękować autorce bloga za udostępnienie powyższego schematu i podzielenie się własnym przykładem. Po zapoznaniu się z nim poczułam w końcu, że jest jakiś cel w budżetowaniu miesięcznym. Moim marzeniem jest odpowiednie zabezpieczenie rodziny i stworzenie poduszki finansowej, dzięki której poczujemy spokój nawet wtedy, gdy coś się wywali. Półtorej roku temu pod koniec zimy padł nam piecyk gazowy, który ogrzewa wodę w naszym mieszkaniu. Tym samym straciliśmy nie tylko ciepłą wodę w kranach ale i ogrzewanie. Wpadliśmy w panikę, ponieważ nie mieliśmy nic zaoszczędzonego. Dzięki pomocy bliskiej nam osoby chyba byśmy musieli robić ognisko na środku salonu ;)

Nie chcemy więcej takich sytuacji i chcemy wrócić do sytuacji, kiedy zarówno na koncie bieżącym mamy bezpieczną sumę, jak i na koncie oszczędnościowym. Tak było zanim urodziły nam się dzieci ;) Myślę, że to możliwe, ponieważ w tej chwili zarabiamy dużo więcej i mamy większą świadomość zarówno opłat jak i własnego poziomu życia.

Powyższy schemat zmieniłam wg własnych preferencji.
Zastanawiałam się, czy je zamieścić, ale zdecydowałam, że w ramach od-tabu-zowania tematu podzielę się szczegółami, bo być może kogoś zachęci do prowadzenia własnej ewidencji przychodów i rozplanowania budżetu.

100% Twoich i partnera dochodów to: (podstawa 5200, premie około 200-500)
15,5% Twoich i partnera dochodów to: 800
50% powyższej kwoty to Twoje kieszonkowe: 400
50% to kieszonkowe partnera: 400
Kieszonkowe to książki, kursy, odzież, słodycze, zachcianki - wszystko to, co dotychczas wychodziło z budżetu “życie” nie będące konieczną potrzebą jak jedzenie czy leki


Podziel teraz swoje kieszonkowe na 4 równe części:
1. (KWF)- Konto wolności finansowej: 100
2. (DO)- Długoterminowe oszczędności do wydania( na cel): 100
3. (EDU)- Edukacja- szkolenie, studia itp.: 100
4. (KZO)- Zabawa- fryzjer, SPA, ubrania, joga tp.: 100

Jeszcze nie wiem na ile powyższe będzie dla mnie praktyczne, pewnie dowiem się dopiero za miesiąc.

Pozostała kwota wspólna to: 4400
65% tej kwoty to (KWK) Konto wydatków koniecznych: 2865
Rachunki 1765 (czynsz 450; gaz 200, energia 150, rata za komputer 280, multimedia 85, telefony 150, paliwo 300, 150 ubezpieczenie);
Jedzenie 1000zł (+ wszystkie 50% premii) (koperta)
Odzież dla dzieci (100zł/msc) Jeśli zajdzie potrzeba to leki czy badania też muszą się tu zmieścić.

7% tej kwoty to (KWF) Konto wolności finansowej: 300
Na konto o nazwie “Przyszłość” aż do utworzenia poduszki finansowej ok rocznego dochodu rodziny (po podliczeniu trochę się obawiam takich kwot, ale przecież innym się udaje, więc dlaczego mi nie? 60 tyś)

9% tej kwoty to (EDU) Konto edukacyjne: 400 (+500, którego nie wliczam do głównych dochodów, trafiają na opłaty za żłobek)
(żłobek, rzeczy do żłobka, składki etc)
W praktyce: około 750zł żłobek, 40 zł RR / msc; rocznie 85zł ubezpieczenie; rocznie 80zł wyprawka; rocznie 50zł dodatkowe rzeczy; rocznie 100zł kapcie, pozostała kwota na osobne konto dedykowane edukacji dzieciaków

9% tej kwoty to długoterminowe oszczędności: 400
np na auto, na sprzęt kuchenny (zmywarka, lodówka czy kuchenka lub pralka gdyby się zepsuły, dość niepewnie zerkamy na zmywarkę, która coraz gorzej chodzi)

9% tej kwoty to (KRZ) Konto rodzinne zabawowe 400 (koperta) na
restauracje, wydarzenie wspólne, basen, zoo czy cokolwiek, w dalszej perspektywie odkładamy na wakacje

0% tej kwoty to (CH) Konto Charytatywne 0
Nie mam pomysłu na tą rubrykę. W grudniu przeznaczę pewną kwotę na ten cel, ale w październiku - prócz smsów dla Fundacji, którą wybrałam, nie przewiduję żadnych wpłat.


Wszelkie zarobione dodatkowe pieniądze (z grafik, on-line, z pracy etatowej) będą dzielone na 2 części:

50% - dokładamy do oszczędności na samochód (konto Skarpetka)
50% dokładamy do ogólnego budżetu


Mam pewne wątpliwości co do kwoty, jaką mamy przeznaczoną na jedzenie - tysiąc złotych wydaje mi się strasznie mało, bo dotychczas wydawaliśmy dużo więcej. Oczywiście, gdy się przyjrzałam tym wydatkom to najwięcej pochłaniały koszty przyjemności (słodycze!), które zamierzamy zredukować do zera i pozwalać sobie na tą formę rozpieszczania wyłącznie z budżetu kieszonkowego. Czy to się uda? To się okaże. Liczymy też na premie.

Listopad będzie naszym pierwszym miesiącem - oczywiście zamierzam się podzielić wynikami. Zapraszam do śledzenia Jak się trzymać - bloga oraz Fan Page Jak się trzymać :)




O tym, że trzeba się ruszać wie każdy. Nie jeden lekarz Ci to powie, nie jedną książkę o tym wydano. Znamy to z telewizji, gazet i od przyjaciół. Ale jeśli jesteś takim leniem, jak ja, to żadne nawet największe pochwały na cześć sportu nie są w stanie do Ciebie dotrzeć... Póki sam nie poczujesz, że to jest to.

TO JEST TO!

Czyli ruch, który robi Tobie najlepiej! Ruch, który sprawia, że potrzebujesz go więcej i częściej. 
Dla takiego zwierza kanapowego jak ja powyższe stwierdzenie budowało presję ;) Ale jestem przykładem na to, że jeśli nie zmusza się do niczego ale stawia na poszukiwania - naprawdę się to coś znajduje. Kiedy zgłosiłam się do dietetyka rok temu usłyszałam, że nie podejmie się napisania mi jadłospisu, jeśli nie będę w stanie obiecać, że tygodniowo wykonam cztery treningi. Oczywiście nie nawiązałam z nim współpracy. Pół roku później sama z siebie znalazłam grupę fantastycznych dziewczyn z grupy IO (Inspulinoopornych), z którymi uprawiamy kilkukilometrowy Nordic Walking co tydzień w niedzielę. Zabieramy kijki, spotykamy się w jakiś pięknych miejscach położonych głównie na leśnych lub parkowych terenach Trójmiasta i marszem przemierzamy górki i dolinki wesoło plotkując. Nie stronię również od samotnego "kijkowania" - mam w bliskiej okolicy piękny las, ciekawą trasę i podcasty Przeciętnego Człowieka w telefonie, którego serdecznie polecam. 
Nigdy nie lubiłam biegać, kojarzyło mi się to z brakiem oddechu, męczeniem się i bezcelowością. Raz jeden przyjaciółka namówiła mnie na bieganie (wiele lat temu) i skończyło się to atakiem astmy (której w zasadzie nie mam, ale gdy biegam to jakaś magia się dzieje i to ta mniej pożądana). Nordic Walking to dyscyplina, która łączy w sobie spacer z marszem. Dzięki kijkom uruchamiane zostają mięśnie ramion i rąk, postawa się prostuje. 

Jednak co tygodniowy NW w pewnym momencie stał się dla mnie niewystarczający. Jako osoba, która dąży do harmonii i akceptacji swojego ciała (z którym niekoniecznie miałam dobre relacje w przeszłości) postanowiłam zapisać się na kurs początkujący w Centrum Jogi i Pilatesu. Poczułam, że to właściwy moment, by poznać czym jest Joga.
I znów poczułam, że trafiłam na coś, co mnie kręci. Medytacja połączona z określonymi ruchami, pozycjami (asanami). Spokojny, akceptujący głos instruktorki i wsłuchanie się w własne ciało, w jego możliwości, oddech. Ze spotkania na spotkanie czuję, że moja sylwetka się prostuje, kręgosłup mniej boli a stopy pewniej zakorzeniają się w podłożu. Zaczęłam nawet czytać literaturę na ten temat, szukać w sobie skupienia, energii w ciele. I powiem Ci, że to bardzo przyjemne. Nigdy nie kojarzyłam napięcie mięśni, wysiłek fizyczny z przyjemnością. To właśnie joga sprawiła, że coś w mojej głowie się odblokowało.

Idąc za ciosem szukam dalej. Ostatnio dane mi było uczestniczyć w imprezie dzielnicowej na orientację. To była fantastyczna zabawa, nawet jak z jednej górki zbiegaliśmy w dół, by zdobyć kolejną górkę i punkt orientacyjny. Mój dwuosobowy Team (pozdrawiam mojego Brata, który wcielił się w rolę nawigatora) zdobył trudniejsze punkty orientacyjne w terenie, w trochę dłuższym czasie niż średnia ilość uczestników na tym poziomie trudności, ale skutecznie zaraził się pozytywnym przekazem, jaki za sobą niesie impreza na orientację. Już szykujemy się na kolejną imprezę!

To wszystko daje siłę. Serio. I wiem, jak to brzmi. Ale daje napęd, wzmaga apetyt na więcej. Endorfiny szaleją w organizmie. Nie pamiętam, kiedy tak długo utrzymywałam w sobie pogodę ducha. Nawet jak coś mnie wkurzy, to mija szybko. Nawet jak coś mnie zasmuci, to nie utrzymuje się długo. Spróbuj :) Poszukaj czegoś na miarę Twoich możliwości, odważ się na pierwszy krok. Może TO właśnie będzie TYM, czego szukałeś?

Źródło: http://kmwewnetrzu.pl/hygge-wnetrze-czyli/
HYGGE
Meik Wiking

Gdy zobaczyłam książkę o tajemniczym tytule z jeszcze bardziej tajemniczym nazwiskiem autora i przepięknymi ornamentami na okładce pomyślałam sobie, że muszę ją przeczytać (muszę ją mieć, ściśle mówiąc, ale to własność Biblioteki a ja mam bana na kupno książek, które są w Bibliotece). Autor zaprasza do lektury proponując w niej przepis na szczęście. Tłumaczy, że to, co czujemy siedząc przy rozpalonym kominku z kocem, poduszkami i przyjaciółmi zajadając słodycze to właśnie tytułowe Hygge. My nazwalibyśmy to klimatem, atmosferą, nastrojem. Duńczycy mają na to własne słowo. Autor wspomina niejednokrotnie, że pracuje w Instytucie Badań Nad Szczęściem.

Przeczytałam Hygge w dwie godziny. Dużą część w zasadzie obejrzałam, bo książka zawiera nastrojowe zdjęcia,  ciekawe w skandynawskim stylu obrazki i treść, którą autor miał potrzebę wbić do głowy czytelnika nie raz, nie dwa a może nawet i po trzy razy. Wielokrotnie powtarzał czym jest Hygge, jak budować Hygge, czym Hygge nie jest.

Źródło: http://www.livingroomre.com/2018/01/23/portland-is-so-hygge/
Pojawiało się we mnie mnóstwo refleksji. Z początku poczułam się wielką entuzjastką tych lamp przytłumionych, ciepłych kocyków, wełnianych skarpet, książek (książek zawsze), jesiennych wieczorów z kubkiem aromatycznego naparu… i tak dalej i tym podobne przyjemne rzeczy. Znamy to i to od wieków, bo przecież tak ludzie sobie radzili, kiedy nie musieli iść w pole (albo go nadzorować). Autor co prawda wspomina o tym, że w jakiś  sposób trzeba sobie radzić i ludzie radzą sobie umilając czas od zarania dziejów, ale ma się wrażenie, że widzi w Hygge dobro narodowe. Podkreśla to zresztą badaniami, które pokazują, że duńscy obywatele faktycznie należą do najszczęśliwszych w Europie. Fakty powinny przeczyć tym badaniom: Dania ma deszczową pogodę, zwykle pozbawioną słońca i najwyższe podatki. Mimo to jest szczęśliwa! Znalazłam polską wersję językową raportu wygłoszonego na konferencji Happy Danes z 9.12.2014

Pomyślałam sobie, że to, co autor nazywa duńskim Hygge, my, Polacy, praktykujemy zawsze, kiedy dzieje się u nas kryzys. Od zaborów (na pewno wcześniej, ale pierwsze w mojej wyobraźni wyraźne skojarzenia pochodzą właśnie z zaborów) potrafiliśmy tworzyć bliskie, wspierające kręgi, tworzyć tajne szkoły, przekazywać sobie wiedzę, wspólnie (przy świecach czy lampach naftowych) drukować ulotki… Podobnie w czasie okupacji, a następnie podczas trudnych momentów za czasów komunizmu. Do dziś dźwięczą mi w uszach wspomnienia Taty, który opowiadał jak z przyjaciółmi zbierali się w małej kawalerce budującego się osiedla Gdańska, gdzie każdy coś przyniósł: wódkę i zakąskę i było nastrojowo, swojsko i wesoło. Dziś chowamy się za ekranami w pracy i po pracy. Spotykamy się czasami na piwo z kumplami,  w planszówki sobie zagramy. Kominki u nas to już rzadkość. Zapewne utrudnia to nam odczuwanie pełni szczęścia i w sondażach nie odnotowujemy  wysokich wyników. Duńczycy odczuwają kryzys przez prawie 300 dni w roku, stąd ich wdrażanie środków wspierających dobry nastrój ;)

Źródło: http://www.livingroomre.com/2018/01/23/portland-is-so-hygge/
Jedną z motywacji, jakie podał autor, pisania tej książki jest chęć podzielenia się duńskiego sposobu na odczuwanie szczęścia. Myślę, że większość z nas pomyśli sobie, że szczęście jest na tyle indywidualną sprawą każdego z nas, że prawdziwą motywacją, jaką odczytujemy po publikacji książki pana Wikinga to monetyzacja szczęścia. W końcu na wszystkim można zarobić: między innymi na tym, by mówić ludziom co czuć i kiedy.




Jestem świeżo po warsztatach z komunikacji pokojowej w rodzinie, prowadzone przez wyjątkową osobę, która dzieli się swoją wiedzą z pasją. 
Jak zwykle po tego typu warsztatach kiełkuje we mnie nadzieja - zasilana entuzjazmem i wspólną energią uczestników, że są na świecie metody, które przeciwstawiają się temu, co znamy z własnego podwór
ka: te wszystkie "musisz", "potrzebujesz", "zrób". Zamiast tego jest mowa o potrzebach, o tym co naprawdę chcemy zrobić i dlaczego. I jak o tym mówić, by nas słyszano, a nie się nas bano lub ignorowano.
Dorośliśmy, w większości z nas, w atmosferze oczekiwań i przymusu i traktujemy to jako normalną kolej rzeczy. Tracąc jednocześnie kontakt z własnymi kryteriami szczęścia. Dobierając się w pary a potem tworząc rodzinę zatracamy w sobie najprostszą komunikację na poziomie duchowym wynikającą z potrzeb, pragnień i obaw. Powielamy słyszane w dzieciństwie "zrób to, zrób tamto"... Z czasem nie wiemy czym jest szacunek do siebie i drugiego człowieka i kojarzymy ten konstrukt jedynie z magiczną trójką "proszę, przepraszam i dziękuję". Mamy w sobie zbyt dużo ograniczeń, zbudowanych na "możesz / nie możesz".
Są narzędzia, które pomagają zrozumieć, że tak wcale nie musi wyglądać nasze życie. Że nie musimy tkwić w schemacie, który zaserwowany nam został wiele pokoleń wcześniej, kiedy ktoś uznał, że jest silniejszy od kogoś innego i tym samym wykorzystywał swoją pozycję. Albo specjalnie ją tam umiejscawiał po to, by jego własne lęki zostały stłumione.
Jak inaczej świat by się czuł, gdybyśmy do siebie mówili językiem potrzeb i starali się rozumieć siebie nawzajem.

To nie jest trudne. To nie jest też łatwe, bo wymaga przyjrzeniu się sobie i słuchania drugiej osoby.
Dziś zamiast "musisz zjeść śniadanie" zapytałam moich synów, czy są głodni. Proste. Byli głodni, więc zjedli śniadanie. Gdyby nie byli głodni a ja kazałabym im jeść śniadanie - cała trójka byłaby sfrustrowana i dzień zacząłby się fatalnie.
Mam takich przykładów mnóstwo. Wciąż jednak w życiu codziennym są też takie, z których nie jestem dumna. Które wynikają z mojego strachu przed utratą kontroli czy odrzucenia. Wciąż znajduje w sobie zbyt mało empatii lub niemożność wysłuchania i uwierzenia drugiej stronie. Wciąż przebijają się przeze mnie słowa cytowane ze wspomnień. 
Ale póki to rozumiem, jestem świadoma - mogę coś z tym zrobić. 

Prawdziwa współpraca jest możliwa wtedy, gdy wszyscy uczestnicy ufają, że inni z szacunkiem wezmą ich potrzeby i system wartości. U podstaw procesu Nonviolent Communication jest pełne respektu traktowanie innych ludzi, które daje nam szansę na nawiązanie pomiędzy nimi współpracy.Marshall Rosenberg

W najprostszej formie NVC to metoda komunikacji. Metoda, która umożliwia nawiązanie kontaktu opartego na wzajemnym szacunku i zrozumieniu, co w efekcie zaspakaja potrzeby rozmówców w sposób pokojowy – stąd w nazwie metody słowa bez przemocy. Celem NVC jest stworzenie wysokiej jakości kontaktu z innymi ludźmi i z sobą samym. 
Źródło: http://strefapbp.pl/nvc/



Od najmłodszych lat lubiłam tworzyć projekty, plany; miałam całe zeszyty zadedykowane wyłącznie planowaniu. Wciąż je udoskonalałam a ostatecznie i tak korzystałam z wolnych kartek, daty, lista do zrobienia i odhaczanie. Aż znalazłam Trello.

Trello to wszystko, co sobie zamarzę w temacie planowania. Zakładam konto, dostaję swój prywatny planner z podziałem na tablice. Każda tablica to osobny projekt, w którym można dodać karty (np lista rzeczy do zrobienia, które następnie można odhaczać a nawet dzielić na części i widzieć ile procent z nich zostało wykonane). Bez problemu dodamy zdjęcia, linki, pliki a nawet udostępnimy swoją tablicę innej osobie, jeśli tylko chcemy. Możemy jednocześnie pracować na utworzonej tablicy i komentować swoją pracę. Dużym plusem jest też rejestr zmian, gdzie możemy śledzić kto i co zrobił w danym czasie.
Aplikacja świetnie współgra z każdym urządzeniem, który sobie zsynchronizujemy, więc jest z nami cały czas :)
Szczególnie lubię w tej aplikacji kalendarz i możliwość ustawiania terminów, przypominajek, które współgrają z całym projektem. Mogę ustawić sobie zadanie, które będę śledzić na bieżąco, komentować je, dodawać check listę, umiejscowić w czasie i udostępnić dalej. 
Bezpieczeństwo  - dane są bezpieczne za pomocą protokołów, producent wspomina, że te same używają Banki i inne ważne instytucje. Gdy zapytałam na helpdesku o bezpieczeństwo firmowych danych zapewniono mnie o szeregu zabezpieczeń. 
Jest też możliwość wykupienia wersji ulepszonej, która moim zdaniem nie różni się wiele od wersji darmowej. Podstawowa wersja aplikacji już jest dla mnie wystarczająca. 
Prócz wykupienia wersji Trello Gold można też uzyskać darmowy miesiąc tej wersji wysyłając link z zaproszeniem. Zachęcam :)

Jeśli mój pełen zachwytu tekst Cię nie  przekonał, to zapraszam na swoją tablicę, którą przygotowałam na potrzeby tego postu :)

Osobiście zaczęłam używać Trello do zorganizowania toku swojej nauki. Gdy spostrzegłam, że mam naprawdę ogromny obszar do zbadania szukałam narzędzia, które pozwoli mi spisać wszystkie elementy, które powinnam przyswoić z podziałem na dziedzinę. W ten sposób utworzyłam tablicę z moim celem - projektem "jak wejść do świata IT". Podzieliłam karty na daną dziedzinę i informacje skąd czerpać wiedzę oraz stopień jej przyswojenia (wcześniej dałam sobie kilka tygodni na tworzenie bazy i wstawiania tych linków i informacji czyli wszystko, co mi potrzebne do projektu). Np w karcie "Książki" wstawiłam kilka pozycji, które moim zdaniem będą mi niezbędne do pracy, każda z nich zwykle ma w komentarzu miejsce, skąd ją mogę pobrać lub kupić czy wypożyczyć oraz deadline i sposób weryfikacji przyswojonej wiedzy. Takich kart mam prawie dziesięć, każda po kilka zakładek. Rewelacyjnie ułatwiło mi to pracę i wyszukiwanie informacji. 
Inna tablica służyła mi do usystematyzowania działań w firmie, której pracuje. Prowadziłam projekt, który miał swoje zadania i ramy czasowe i to również świetnie się sprawdziło. Udostępniłam go nawet swojemu szefowi, by widział postępy prac :)




https://trello.com/tour






W moim przypadku spektakularne dania to takie, które zjedzą zarówno moje dwuletnie bliźniaki, Prawie Mąż i ja. Z tym, że ja zjem prawie wszystko ;)

Nie jestem typową panią domu, która wrzuca schabowego na patelnie, obiera ziemniaki i szatkuje surówkę na obiad. Owszem, mam codziennie ciepłe danie i chyba nawet można je nazwać obiadem lub obiadokolacją (dla dzieciaków zdecydowanie jest to kolacja, bo zwykle jemy o 18 w dni robocze). I nie obieram ziemniaków - gotuję je w mundurach, wcześniej opłukane - wydają mi się zdrowsze. Surówki czasami kupuję z dyskontów a schabowego robi głównie Mój Prawie Mąż, bo "ja zawsze udziwnię".

Postanowiłam się zabrać za danie (trochę zbyt dumnie nazwane, bo w istocie chodzi o zupę), którego nigdy nie robiłam i nie wiem jak smakuje.

Do zupy zainspirowała mnie dietetyczka specjalizująca się w insulinooporności, która zamieściła przepis (który również był efektem inspiracji Jadłonomią). Zachęcam do zapoznania się z przepisem, na którym ja się wzorowałam - Inna Strona Diety.


Zaczęłam od przygotowania składników dla dwóch dorosłych i dwoje dzieci:
dwie marchewki,
pół kalafiora,
dwie - trzy garście fasolki szparagowej,
cebula,
2 lub 3 pomidory,
pół pęczka koperku,
garść bobu,
400ml mleczka kokosowego,
1,5l wody,
łyzka oleju rzepakowego,
przyprawy: sól, pieprz, cynamon, sok z cytryny, papryka ostra i papryka słodka

Nie wiem jak nazwać tą zupę. Cynamonowa? Fasolowa? Kalafiorowa? Kokosowa? Pyszna?

Cebulę wrzuciłam na rozgrzany olej w garnku. Potem pomidory rozciapane tak, by łatwiej je się później strawiło. Po chwili, gdy pomidory dadzą charakterystyczny sok dodałam pocięte w cieniutkie talarki marchewki i przyprawy. Gdy się wszystko poddusiło parę minut dolałam wrzątek. Później przyszedł czas na fasolkę, również pociętą na mniejsze części. Wszystko gotowało się około 10-15 minut i wlałam mleczko kokosowe i rozdrobniony kalafior (dałam tylko pół główki bo tylko tyle miałam w lodówce, ale sądzę, że będzie jeszcze lepsze po dodaniu całej główki) i trzymałam na ogniu jeszcze 10 minut. Dodałam jeszcze trochę cynamonu. Ilość zależy od preferencji - ja byłam ostrożna i nie dawałam aż tak dużo, jak bym mogła. I koperek.
I do misek.
Przepadłam! Pyszności!
Niestety moje dzieci nie lubią widzieć fasolki a tym bardziej kalafior, więc wybrzydzały jak tylko można. Zrobiłam więc mały myk i wlewając ich porcje z powrotem do garnka uruchomiłam blender. W jakimś szale kulinarnym zajrzałam do lodówki i sięgnęłam po ugotowany wcześniej bób. Dołączył do zmiksowanej zupy i tak podany zniknął natychmiast.
Serio. Nawet mój Prawie Mąż, który generalnie nie przepada za zupami, bobem i warzywami (akceptuje ketchup jako substytut pomidorów) zjadł ze smakiem.
Tak właśnie powstała popisowa pierwsza rzecz ;)




Pamiętam swoje pierwsze zderzenie z brutalną rzeczywistością, jakim jest odrzucenie. Ujęłabym to jeszcze mocniej: odrzucenie społeczne!
Miałam wtedy siedem lat, nie jestem pewna czy już chodziłam do podstawówki, były wakacje, więc pewnie dopiero co skończyłam zerówkę. Byłam pełna entuzjazmu jeśli chodzi o nowy etap w moim życiu. Radości! Błysk w oku i paląca świadomość, że za chwilę będzie Ten Wielki Dzień. Nowe zeszyty, długopisy, ołówki, pachnące kredki i nowiuteńkie podręczniki. Moją naiwność rozdeptała krótka scenka, która stała się moją nauczką na resztę życia.
Może to efekt filmu, który nieopatrznie starszy brat pozwolił mi oglądać z sobą? To był dość sławny w tamtym czasie horror, w którym główną rolę grała upiorna laleczka. Nie pamiętam zbyt wielu szczegółów, ale te które pamiętam są zbyt traumatyczne nawet teraz.
Jeszcze nie zupełnie otrzepawszy się z resztek brutalnych scen pod powiekami wyszłam z domu i skierowałam się na pobliskie drabinki. Wiesz, dzieciaki lubią takie rzeczy: wspinanie się bez sensu po różnych rzeczach, zwisanie z nich czy zaliczanie gleby. Czasami można było uruchomić wyobraźnię i w towarzystwie innych dzieciaków tworzyć rysowane dookoła metalowych prętów wyimaginowane mieszkania, pokoje, udawać, że się jest gospodarzem tego kawałka ziemi. Dziewczynki lubiły takie zabawy. Do dziś pamiętam w jaki sposób rysowałam biurka, łóżka i w jaki sposób oznaczałam okna czy drzwi.
Kiedy próbuję sobie przypomnieć jak wyglądało niebo, w jakim kolorze była trawa - wszystko widzę w kolorach sepii. Zgaszone, ciężkie, duszne i pomarańczowobrązowe. Nie umiem ożywić prawdziwymi kolorami ani krajobrazu, ani wspomnień. I ten piasek. Jakby tam prawie nie rosła trawa, a przecież wiem, że było jej całkiem sporo. Ja widziałam głównie suchy, męczący piasek. Jakby był symbolem tego, co miało stać się później, tego jak się będę czuła. Niepewnie, chwiejnie, nic na czym można by było twardo stąpać. I oczywiście piaskiem w oczy, zawód.
Na drabinkach stała dziewczynka, której wcześniej nie widziałam na naszym podwórku. Zwykle na takich podwórkach wszystkie dzieciaki się znają, dość szybko i łatwo nawiązują przyjaźnie. Normalnym więc dla mnie było, że zapytałam dziewczynki jak ma na imię.
Odpowiedź sprawiła, że nigdy już tak beztrosko do nikogo nie podeszłam.
Odpowiedziała "a co cię to obchodzi".