Siła Pozytywnego „Nie”




Autor zachęca do szczerego przyjrzenia się swoim zasadom, wartościom i decyzjom, które współgrają ze sobą. Sugeruje, że im większa pewność co do motywacji swoich działań, tym lepsza efektywność w bronieniu ich.
Jeśli czuję, że nie chcę przychodzić do pracy w wolny dzień w ramach nadgodzin - zastanawiam się dlaczego, co mną kieruje. By zrobić na złość szefowi - bo prosi mnie o coś, czego wcale nie muszę robić, więc z satysfakcją mu odmówię, chociaż i tak nie mam planów? A może dlatego, ponieważ w tym czasie mogę zająć się rodziną, która jest dla mnie bardzo ważna i nie chce stracić cennych dla mnie chwil? Gdy upewnię się, co jest dla mnie dobre i ważne, łatwiej mi sprecyzować swoje stanowisko.

WZMOCNIJ SWOJE "NIE"
Gdy już odkrywam co jest dla mnie ważne i co mną kieruję mogę szczerze i z szacunkiem powiedzieć o tym drugiej osobie. Ważne, by druga osoba zrozumiała, że moje "nie" wyrasta z "tak" dla moich zasad - im pewniejsza jestem swojego stanowiska, tym silniejsze jest moje "nie". Kiedy już wiem, że sobotę chcę spędzić z rodziną, bo ona jest dla mnie priorytetem, mówię o tym szefowi. Dziękuję za propozycję (szacunek), ale mam już plany, których nie chcę zmieniać, ponieważ są dla mnie ważne.

PRZYGOTUJ GRUNT DLA "TAK"
Zwykle w tym miejscu słyszę, że powinnam zmienić plany. Jest opór, niezrozumienie a czasem złość czy inna reakcja, nad którą nie mamy wpływu. Jednak dla dobra relacji - ważne, by zaproponować rozwiązanie, które będzie dobre dla wszystkich osób zainteresowanych. To ogromna sztuka - znaleźć coś, co zaspokoi potrzeby wszystkich. Nie chcę przychodzić w sobotę, bo wiem, że cała moja rodzina w tym czasie się zbierze i planujemy miło ze sobą spędzić czas, ale wiem, że w poniedziałek i wtorek mogę zostać dłużej - proponuję to. Negocjuję warunki. W pozytywnej komunikacji chodzi właśnie o to, by dojść do porozumienia, gdzie każdy będzie "wygrany" - ja będę mieć wolną sobotę a szef zrobione działania. Win - win.

W książce jest mnóstwo sposobów, dzięki którym komunikacja może stać się prawdziwym dialogiem. Autor dzieli się swoimi sposobami na najczęstsze problemy współtowarzyszące prośbom, negocjacjom czy żądaniom. Proponuje rozwiązania, które mogą się przydać w każdej sytuacji.
W własnych obserwacji wynika, że najgorszym doradcą są emocje. Dla mnie więc doskonałą radą było "wyjście na balkon" - czyli znalezienie chwili dla przewietrzenia głowy, pauzowanie dyskusji i zdystansowanie się od niej a później powrót, kiedy emocje opadną. Wielokrotnie ta metoda pomogła mi w życiu - bez względu na charakter "dyskusji".

Polecam "Siła pozytywnego nie" wszystkim, bez wyjątku. To jedna z pozycji, które przyczyniają się do polepszenia jakości naszego życia, jeśli tylko postanowimy skorzystać z treści. A myślę, że warto to zrobić dla dobra nas samych i naszych rozmówców a przede wszystkim dla dobra swoich zasad i wartości, które niejednokrotnie naginamy z powodu czyiś żądań.

Książkę wypożyczyłam z Biblioteki Gdyńskiej i bierze ona udział w Wyzwaniu WyPożyczone 2018.








Oszczędzanie to temat tabu w naszym kraju. Niewiele ludzi tak naprawdę ma świadomość finansową. Nie uczyli tego w szkołach, w telewizji niewiele o tym się mówi a w pracy o wynagrodzeniu w ogóle się nie rozmawia. W końcu przyszedł moment, kiedy miliony ludzi (według statystyk, bo nie od nich samych) zadłużyło się i zaczęło szukać pomocy w internecie. I właśnie na te bolączki odpowiada Michał Szafrański ze swoim blogiem Jak oszczędzać pieniądze. To prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalny blog finansowy w Polsce. Znam go od kilku lat i właśnie dzięki niemu zwiększałam swoją świadomość finansową. Dzięki niemu uwierzyłam, że mogę poprowadzić gospodarstwo finansowe nie zadłużając się i pozwalając jednocześnie na przyjemności przy całkiem przeciętnym wynagrodzeniu. Dziś moje gospodarstwo domowe liczy cztery osoby, z czego dwoje jeszcze długo nie będą na siebie zarabiać ;)

Zachęcona przez Michała Szafrańskiego prowadziłam budżet domowy przez dwa lata. W ostatnim roku udało mi się go prowadzić jedynie miesiąc. Straciłam cel i motywację by wklepywać rachunki w odpowiednie rubryki. Wiedziałam doskonale na co idą pieniądze, wiedziałam, że niezależnie od naszych pensji nie idą one w rubrykę "oszczędzanie", ponieważ nie wiedzieliśmy na co i ile możemy wydać. Wydawaliśmy więc wszystko bez względu czy mieliśmy tyle co teraz, czy tyle co rok temu (kiedy mieliśmy połowę tego, co teraz).


I nadszedł magiczny moment, w którym znowu pokornie wróciłam do internetu po dobrą radę. Tym razem natknęłam się na bloga Rodzina na kredyt i sposób, który zaprezentowała Agnieszka. Prywatnie jest mamą dójki dzieci, prowadzą z mężem całkiem przeciętne gospodarstwo domowe (czyli na poziomie około 5 tyś dochodów i starają się je zwiększyć). Poniższy plan nie jest autorskim pomysłem Agnieszki - zapoznała się z nim na kursie Kamili Rowińskiej a tam trafił prawdopodobnie dzięki temu, że stosuje go milioner Harv Eker, przedsiębiorca, mówca motywacyjny i autor wielu publikacji na temat gromadzenia kapitału. Jest on autorem metody sześciu słoików. Wymyślony przez niego system pozwala zaoszczędzić zawsze bez względu na wysokość środków, jakie mamy do dyspozycji w ciągu miesiąca.

Metoda prezentuje się tak:


6 słoików Harv Ekera
Słoik nr 1 – przyjemności – 10% głównej kwoty
Słoik nr 2 – większe zakupy – 10%
Słoik nr 3 – edukacja – 10%
Słoik nr 4 – inwestycje – 10%
Słoik nr 5 – dla innych – 5%
Słoik nr 6 – opłaty stałe – 55%



Na blogu Rodziny na kredyt jest pewna modyfikacja, która niezwykle do mnie przemawia:


100% Twoich i partnera dochodów to: ___________
10% tej kwoty to (KZO) Konto rodzinne zabawowe ______
5% tej kwoty to (CH) Konto Charytatywne ______
16% Twoich i partnera dochodów to: ________
50% powyższej kwoty to Twoje kieszonkowe: ________
50% to kieszonkowe partnera: ________

Podziel teraz swoje kieszonkowe na 4 równe części:
1. (KWF)- Konto wolności finansowej: _________
2. (DO)- Długoterminowe oszczędności do wydania: ________
3. (EDU)- Edukacja- szkolenie, studia itp.: _________
4. (KZO)- Zabawa- fryzjer, SPA, ubrania, tp.: __________
Pozostała kwota wspólna to:
55% tej kwoty to (KWK) Konto wydatków koniecznych: ______
10% tej kwoty to (KWF) Konto wolności finansowej: ______
10% tej kwoty to (EDU) Konto edukacyjne: ______
10% tej kwoty to długoterminowe oszczędności: ______


Z tego miejsca serdecznie chciałabym podziękować autorce bloga za udostępnienie powyższego schematu i podzielenie się własnym przykładem. Po zapoznaniu się z nim poczułam w końcu, że jest jakiś cel w budżetowaniu miesięcznym. Moim marzeniem jest odpowiednie zabezpieczenie rodziny i stworzenie poduszki finansowej, dzięki której poczujemy spokój nawet wtedy, gdy coś się wywali. Półtorej roku temu pod koniec zimy padł nam piecyk gazowy, który ogrzewa wodę w naszym mieszkaniu. Tym samym straciliśmy nie tylko ciepłą wodę w kranach ale i ogrzewanie. Wpadliśmy w panikę, ponieważ nie mieliśmy nic zaoszczędzonego. Dzięki pomocy bliskiej nam osoby chyba byśmy musieli robić ognisko na środku salonu ;)

Nie chcemy więcej takich sytuacji i chcemy wrócić do sytuacji, kiedy zarówno na koncie bieżącym mamy bezpieczną sumę, jak i na koncie oszczędnościowym. Tak było zanim urodziły nam się dzieci ;) Myślę, że to możliwe, ponieważ w tej chwili zarabiamy dużo więcej i mamy większą świadomość zarówno opłat jak i własnego poziomu życia.

Powyższy schemat zmieniłam wg własnych preferencji.
Zastanawiałam się, czy je zamieścić, ale zdecydowałam, że w ramach od-tabu-zowania tematu podzielę się szczegółami, bo być może kogoś zachęci do prowadzenia własnej ewidencji przychodów i rozplanowania budżetu.

100% Twoich i partnera dochodów to: (podstawa 5200, premie około 200-500)
15,5% Twoich i partnera dochodów to: 800
50% powyższej kwoty to Twoje kieszonkowe: 400
50% to kieszonkowe partnera: 400
Kieszonkowe to książki, kursy, odzież, słodycze, zachcianki - wszystko to, co dotychczas wychodziło z budżetu “życie” nie będące konieczną potrzebą jak jedzenie czy leki


Podziel teraz swoje kieszonkowe na 4 równe części:
1. (KWF)- Konto wolności finansowej: 100
2. (DO)- Długoterminowe oszczędności do wydania( na cel): 100
3. (EDU)- Edukacja- szkolenie, studia itp.: 100
4. (KZO)- Zabawa- fryzjer, SPA, ubrania, joga tp.: 100

Jeszcze nie wiem na ile powyższe będzie dla mnie praktyczne, pewnie dowiem się dopiero za miesiąc.

Pozostała kwota wspólna to: 4400
65% tej kwoty to (KWK) Konto wydatków koniecznych: 2865
Rachunki 1765 (czynsz 450; gaz 200, energia 150, rata za komputer 280, multimedia 85, telefony 150, paliwo 300, 150 ubezpieczenie);
Jedzenie 1000zł (+ wszystkie 50% premii) (koperta)
Odzież dla dzieci (100zł/msc) Jeśli zajdzie potrzeba to leki czy badania też muszą się tu zmieścić.

7% tej kwoty to (KWF) Konto wolności finansowej: 300
Na konto o nazwie “Przyszłość” aż do utworzenia poduszki finansowej ok rocznego dochodu rodziny (po podliczeniu trochę się obawiam takich kwot, ale przecież innym się udaje, więc dlaczego mi nie? 60 tyś)

9% tej kwoty to (EDU) Konto edukacyjne: 400 (+500, którego nie wliczam do głównych dochodów, trafiają na opłaty za żłobek)
(żłobek, rzeczy do żłobka, składki etc)
W praktyce: około 750zł żłobek, 40 zł RR / msc; rocznie 85zł ubezpieczenie; rocznie 80zł wyprawka; rocznie 50zł dodatkowe rzeczy; rocznie 100zł kapcie, pozostała kwota na osobne konto dedykowane edukacji dzieciaków

9% tej kwoty to długoterminowe oszczędności: 400
np na auto, na sprzęt kuchenny (zmywarka, lodówka czy kuchenka lub pralka gdyby się zepsuły, dość niepewnie zerkamy na zmywarkę, która coraz gorzej chodzi)

9% tej kwoty to (KRZ) Konto rodzinne zabawowe 400 (koperta) na
restauracje, wydarzenie wspólne, basen, zoo czy cokolwiek, w dalszej perspektywie odkładamy na wakacje

0% tej kwoty to (CH) Konto Charytatywne 0
Nie mam pomysłu na tą rubrykę. W grudniu przeznaczę pewną kwotę na ten cel, ale w październiku - prócz smsów dla Fundacji, którą wybrałam, nie przewiduję żadnych wpłat.


Wszelkie zarobione dodatkowe pieniądze (z grafik, on-line, z pracy etatowej) będą dzielone na 2 części:

50% - dokładamy do oszczędności na samochód (konto Skarpetka)
50% dokładamy do ogólnego budżetu


Mam pewne wątpliwości co do kwoty, jaką mamy przeznaczoną na jedzenie - tysiąc złotych wydaje mi się strasznie mało, bo dotychczas wydawaliśmy dużo więcej. Oczywiście, gdy się przyjrzałam tym wydatkom to najwięcej pochłaniały koszty przyjemności (słodycze!), które zamierzamy zredukować do zera i pozwalać sobie na tą formę rozpieszczania wyłącznie z budżetu kieszonkowego. Czy to się uda? To się okaże. Liczymy też na premie.

Listopad będzie naszym pierwszym miesiącem - oczywiście zamierzam się podzielić wynikami. Zapraszam do śledzenia Jak się trzymać - bloga oraz Fan Page Jak się trzymać :)




O tym, że trzeba się ruszać wie każdy. Nie jeden lekarz Ci to powie, nie jedną książkę o tym wydano. Znamy to z telewizji, gazet i od przyjaciół. Ale jeśli jesteś takim leniem, jak ja, to żadne nawet największe pochwały na cześć sportu nie są w stanie do Ciebie dotrzeć... Póki sam nie poczujesz, że to jest to.

TO JEST TO!

Czyli ruch, który robi Tobie najlepiej! Ruch, który sprawia, że potrzebujesz go więcej i częściej. 
Dla takiego zwierza kanapowego jak ja powyższe stwierdzenie budowało presję ;) Ale jestem przykładem na to, że jeśli nie zmusza się do niczego ale stawia na poszukiwania - naprawdę się to coś znajduje. Kiedy zgłosiłam się do dietetyka rok temu usłyszałam, że nie podejmie się napisania mi jadłospisu, jeśli nie będę w stanie obiecać, że tygodniowo wykonam cztery treningi. Oczywiście nie nawiązałam z nim współpracy. Pół roku później sama z siebie znalazłam grupę fantastycznych dziewczyn z grupy IO (Inspulinoopornych), z którymi uprawiamy kilkukilometrowy Nordic Walking co tydzień w niedzielę. Zabieramy kijki, spotykamy się w jakiś pięknych miejscach położonych głównie na leśnych lub parkowych terenach Trójmiasta i marszem przemierzamy górki i dolinki wesoło plotkując. Nie stronię również od samotnego "kijkowania" - mam w bliskiej okolicy piękny las, ciekawą trasę i podcasty Przeciętnego Człowieka w telefonie, którego serdecznie polecam. 
Nigdy nie lubiłam biegać, kojarzyło mi się to z brakiem oddechu, męczeniem się i bezcelowością. Raz jeden przyjaciółka namówiła mnie na bieganie (wiele lat temu) i skończyło się to atakiem astmy (której w zasadzie nie mam, ale gdy biegam to jakaś magia się dzieje i to ta mniej pożądana). Nordic Walking to dyscyplina, która łączy w sobie spacer z marszem. Dzięki kijkom uruchamiane zostają mięśnie ramion i rąk, postawa się prostuje. 

Jednak co tygodniowy NW w pewnym momencie stał się dla mnie niewystarczający. Jako osoba, która dąży do harmonii i akceptacji swojego ciała (z którym niekoniecznie miałam dobre relacje w przeszłości) postanowiłam zapisać się na kurs początkujący w Centrum Jogi i Pilatesu. Poczułam, że to właściwy moment, by poznać czym jest Joga.
I znów poczułam, że trafiłam na coś, co mnie kręci. Medytacja połączona z określonymi ruchami, pozycjami (asanami). Spokojny, akceptujący głos instruktorki i wsłuchanie się w własne ciało, w jego możliwości, oddech. Ze spotkania na spotkanie czuję, że moja sylwetka się prostuje, kręgosłup mniej boli a stopy pewniej zakorzeniają się w podłożu. Zaczęłam nawet czytać literaturę na ten temat, szukać w sobie skupienia, energii w ciele. I powiem Ci, że to bardzo przyjemne. Nigdy nie kojarzyłam napięcie mięśni, wysiłek fizyczny z przyjemnością. To właśnie joga sprawiła, że coś w mojej głowie się odblokowało.

Idąc za ciosem szukam dalej. Ostatnio dane mi było uczestniczyć w imprezie dzielnicowej na orientację. To była fantastyczna zabawa, nawet jak z jednej górki zbiegaliśmy w dół, by zdobyć kolejną górkę i punkt orientacyjny. Mój dwuosobowy Team (pozdrawiam mojego Brata, który wcielił się w rolę nawigatora) zdobył trudniejsze punkty orientacyjne w terenie, w trochę dłuższym czasie niż średnia ilość uczestników na tym poziomie trudności, ale skutecznie zaraził się pozytywnym przekazem, jaki za sobą niesie impreza na orientację. Już szykujemy się na kolejną imprezę!

To wszystko daje siłę. Serio. I wiem, jak to brzmi. Ale daje napęd, wzmaga apetyt na więcej. Endorfiny szaleją w organizmie. Nie pamiętam, kiedy tak długo utrzymywałam w sobie pogodę ducha. Nawet jak coś mnie wkurzy, to mija szybko. Nawet jak coś mnie zasmuci, to nie utrzymuje się długo. Spróbuj :) Poszukaj czegoś na miarę Twoich możliwości, odważ się na pierwszy krok. Może TO właśnie będzie TYM, czego szukałeś?

Źródło: http://kmwewnetrzu.pl/hygge-wnetrze-czyli/
HYGGE
Meik Wiking

Gdy zobaczyłam książkę o tajemniczym tytule z jeszcze bardziej tajemniczym nazwiskiem autora i przepięknymi ornamentami na okładce pomyślałam sobie, że muszę ją przeczytać (muszę ją mieć, ściśle mówiąc, ale to własność Biblioteki a ja mam bana na kupno książek, które są w Bibliotece). Autor zaprasza do lektury proponując w niej przepis na szczęście. Tłumaczy, że to, co czujemy siedząc przy rozpalonym kominku z kocem, poduszkami i przyjaciółmi zajadając słodycze to właśnie tytułowe Hygge. My nazwalibyśmy to klimatem, atmosferą, nastrojem. Duńczycy mają na to własne słowo. Autor wspomina niejednokrotnie, że pracuje w Instytucie Badań Nad Szczęściem.

Przeczytałam Hygge w dwie godziny. Dużą część w zasadzie obejrzałam, bo książka zawiera nastrojowe zdjęcia,  ciekawe w skandynawskim stylu obrazki i treść, którą autor miał potrzebę wbić do głowy czytelnika nie raz, nie dwa a może nawet i po trzy razy. Wielokrotnie powtarzał czym jest Hygge, jak budować Hygge, czym Hygge nie jest.

Źródło: http://www.livingroomre.com/2018/01/23/portland-is-so-hygge/
Pojawiało się we mnie mnóstwo refleksji. Z początku poczułam się wielką entuzjastką tych lamp przytłumionych, ciepłych kocyków, wełnianych skarpet, książek (książek zawsze), jesiennych wieczorów z kubkiem aromatycznego naparu… i tak dalej i tym podobne przyjemne rzeczy. Znamy to i to od wieków, bo przecież tak ludzie sobie radzili, kiedy nie musieli iść w pole (albo go nadzorować). Autor co prawda wspomina o tym, że w jakiś  sposób trzeba sobie radzić i ludzie radzą sobie umilając czas od zarania dziejów, ale ma się wrażenie, że widzi w Hygge dobro narodowe. Podkreśla to zresztą badaniami, które pokazują, że duńscy obywatele faktycznie należą do najszczęśliwszych w Europie. Fakty powinny przeczyć tym badaniom: Dania ma deszczową pogodę, zwykle pozbawioną słońca i najwyższe podatki. Mimo to jest szczęśliwa! Znalazłam polską wersję językową raportu wygłoszonego na konferencji Happy Danes z 9.12.2014

Pomyślałam sobie, że to, co autor nazywa duńskim Hygge, my, Polacy, praktykujemy zawsze, kiedy dzieje się u nas kryzys. Od zaborów (na pewno wcześniej, ale pierwsze w mojej wyobraźni wyraźne skojarzenia pochodzą właśnie z zaborów) potrafiliśmy tworzyć bliskie, wspierające kręgi, tworzyć tajne szkoły, przekazywać sobie wiedzę, wspólnie (przy świecach czy lampach naftowych) drukować ulotki… Podobnie w czasie okupacji, a następnie podczas trudnych momentów za czasów komunizmu. Do dziś dźwięczą mi w uszach wspomnienia Taty, który opowiadał jak z przyjaciółmi zbierali się w małej kawalerce budującego się osiedla Gdańska, gdzie każdy coś przyniósł: wódkę i zakąskę i było nastrojowo, swojsko i wesoło. Dziś chowamy się za ekranami w pracy i po pracy. Spotykamy się czasami na piwo z kumplami,  w planszówki sobie zagramy. Kominki u nas to już rzadkość. Zapewne utrudnia to nam odczuwanie pełni szczęścia i w sondażach nie odnotowujemy  wysokich wyników. Duńczycy odczuwają kryzys przez prawie 300 dni w roku, stąd ich wdrażanie środków wspierających dobry nastrój ;)

Źródło: http://www.livingroomre.com/2018/01/23/portland-is-so-hygge/
Jedną z motywacji, jakie podał autor, pisania tej książki jest chęć podzielenia się duńskiego sposobu na odczuwanie szczęścia. Myślę, że większość z nas pomyśli sobie, że szczęście jest na tyle indywidualną sprawą każdego z nas, że prawdziwą motywacją, jaką odczytujemy po publikacji książki pana Wikinga to monetyzacja szczęścia. W końcu na wszystkim można zarobić: między innymi na tym, by mówić ludziom co czuć i kiedy.