Od kilku dni wsłuchuję się w utwór Korteza, "Pocztówka z kosmosu":


Zastanawiam się, co czuję słuchając tej piosenki. O czym jest, według mnie. Jako niedoszły krytyk artystyczno-literacki postanowiłam rozbroić tekst, nastrój i muzykę - spróbować zinterpretować "Pocztówkę z kosmosu".

Pierwsze, co mi się wręcz narzuca to "dystans". Jednak Kortez śpiewa, że "dzwonili", "wysłali", "dali" co sugeruje udział kogoś jeszcze.
A może tak właśnie czuje się człowiek, który jest potrzebny, a później zapomniany? Zostawiony samemu sobie. Ktoś, kto zostawił za sobą coś ważnego, kogoś ważnego.
Ale czy to był na pewno ktoś ważny, skoro z taką łatwością się go zostawiło? Kiedy oddaliło się tak bardzo, że nie ma już możliwości "poczuć grunt"?

Czy człowiek, który zostawia wszystko nie widzi możliwości "powrotu"? Tworzy dystans tak wielki, jak kosmos?
Jest też pozytywny akcent: nawet w najbardziej samotnej chwili, najtrudniejszej sytuacji można polegać na sobie, na wyciągnięciu czegoś dla siebie: choćby to był "gitary dźwięk" czy "otwarcie drzwi".

Mój odbiór jest bardzo emocjonalny. Tęsknota przeplatająca się z dystansem - zwykle tak właśnie określałam swoje bliskie relacje. Dopiero teraz uczę się, że jedyną osobą, która może sprowadzić mnie "z powrotem" to ja sama.





Późnym wieczorem przyjechał kurier DHLu. Dodam, że bardzo późnym, bo przed dwudziestą, chwilę po tym, jak skontaktowałam się z bardzo niemiłą konsultantką, pytając o swoje zamówienie z RTV Euro AGD.
Ale przyjechał!
Dał mi paczkę w drzwiach, paluszkiem pokazał, gdzie podpisać i uciekł w siną dal.
A ja zostałam z dużym, szarym pudłem opakowanym w firmową folię.
Wyjmowałam go z nabożną czcią.
Mój nowy Dell Inspiron.

Klamka zapadła. Sprzęt jest. Motywacja jest. Czas się znajdzie. Musi.
Witaj ponownie świecie cyfrowy.

Tym razem nie pozwolę, by małe ciekawskie rączki zepchnęły laptopa w czeluści zepsutości.
Mam ochronę. Rozszerzoną!

Cieszę się jak małe dziecko!



Siedzę w kuchni, rozrywam pomarańczę na małe kawałki i wrzucam ją do mleka z muesli. Nucę sobie piosenkę kolonijną, być może ją znasz:
"do widzenia, przyjaciele"

Zapach pomarańczy uaktywnia we mnie wspomnienie, które noszę od wielu lat. Tata, który obierał dla mnie pomarańczę i ja, mała, niewiele starsza od moich synów. Pytam tatę, dlaczego nie można jeść skórki pomarańczy. Tata wyjmuje zapalniczkę i pokazuje, że płomień nie uszkadza skórki i pyta, czy zjadłabym coś, co nawet ogień nie trawi. Opowiadał, że po skórce nawet nie widać, by ten ogień ją liznął. W takim razie nie widać też, jakie toksyny były na pomarańczy i do jedzenia jest wyłącznie środek.
Pamiętam tą lekcję, bo była pierwszym doświadczeniem chemicznym w jakim brałam udział i zapach pomarańczy mocno zakotwiczył się w moich receptorach.

Dlaczego tak się dzieje?
Co sprawia, że zapach pomarańczy nie kojarzy mi się ze świętami czy PRL, tak jak większości?

Według badaczy, Lawlessa i Engela, ważna jest konotacja ("znaczenie nazwy", tworzy warstwę znaczenia nazwy). Analiza z 1977 roku wykazała, że najsilniejsze są pierwsze konotacje, a gdy ustali się jakieś skojarzenie z pewnym zapachem, to trudno będzie skojarzyć ten zapach z czymś innym.

 Dr Yaara Yeshurun, która prowadziła badania w Instytucie Nauki Weizmanna w Izraelu, przekonuje, że wczesne zapachy mają specjalny status wśród naszych wspomnień – są „uprzywilejowane”.

Naukowcy od dawna wiedzą, że to zapachy najlepiej przywołują wspomnienia z przeszłości.

Zapachy mogą wywoływać tak silnie wspomnienia, ponieważ nasi przodkowie w dużej mierze polegali na swoich nosach by uniknąć zatrucia szkodliwymi roślinami, lub zepsutym jedzeniem. My nie musimy w tak wysokim stopniu zdawać się na sens węchu, jest więc to raczej pozostałość ewolucyjna.