Pierwsze rozczarowania

Pamiętam swoje pierwsze zderzenie z brutalną rzeczywistością, jakim jest odrzucenie. Ujęłabym to jeszcze mocniej: odrzucenie społeczne!
Miałam wtedy siedem lat, nie jestem pewna czy już chodziłam do podstawówki, były wakacje, więc pewnie dopiero co skończyłam zerówkę. Byłam pełna entuzjazmu jeśli chodzi o nowy etap w moim życiu. Radości! Błysk w oku i paląca świadomość, że za chwilę będzie Ten Wielki Dzień. Nowe zeszyty, długopisy, ołówki, pachnące kredki i nowiuteńkie podręczniki. Moją naiwność rozdeptała krótka scenka, która stała się moją nauczką na resztę życia.
Może to efekt filmu, który nieopatrznie starszy brat pozwolił mi oglądać z sobą? To był dość sławny w tamtym czasie horror, w którym główną rolę grała upiorna laleczka. Nie pamiętam zbyt wielu szczegółów, ale te które pamiętam są zbyt traumatyczne nawet teraz.
Jeszcze nie zupełnie otrzepawszy się z resztek brutalnych scen pod powiekami wyszłam z domu i skierowałam się na pobliskie drabinki. Wiesz, dzieciaki lubią takie rzeczy: wspinanie się bez sensu po różnych rzeczach, zwisanie z nich czy zaliczanie gleby. Czasami można było uruchomić wyobraźnię i w towarzystwie innych dzieciaków tworzyć rysowane dookoła metalowych prętów wyimaginowane mieszkania, pokoje, udawać, że się jest gospodarzem tego kawałka ziemi. Dziewczynki lubiły takie zabawy. Do dziś pamiętam w jaki sposób rysowałam biurka, łóżka i w jaki sposób oznaczałam okna czy drzwi.
Kiedy próbuję sobie przypomnieć jak wyglądało niebo, w jakim kolorze była trawa - wszystko widzę w kolorach sepii. Zgaszone, ciężkie, duszne i pomarańczowobrązowe. Nie umiem ożywić prawdziwymi kolorami ani krajobrazu, ani wspomnień. I ten piasek. Jakby tam prawie nie rosła trawa, a przecież wiem, że było jej całkiem sporo. Ja widziałam głównie suchy, męczący piasek. Jakby był symbolem tego, co miało stać się później, tego jak się będę czuła. Niepewnie, chwiejnie, nic na czym można by było twardo stąpać. I oczywiście piaskiem w oczy, zawód.
Na drabinkach stała dziewczynka, której wcześniej nie widziałam na naszym podwórku. Zwykle na takich podwórkach wszystkie dzieciaki się znają, dość szybko i łatwo nawiązują przyjaźnie. Normalnym więc dla mnie było, że zapytałam dziewczynki jak ma na imię.
Odpowiedź sprawiła, że nigdy już tak beztrosko do nikogo nie podeszłam.
Odpowiedziała "a co cię to obchodzi".


Komentarze